wtorek, 12 lutego 2013

Rozważania o życiu



Tytuł jest prowokacją. Mógłby być "rozważania o skórce od pomarańczy" albo "o T-shirt'cie" (tiszercie). Post, tekst, rozmyślania... ma w sobie, niesie w sobie jakąś konieczność. Fatalniej bym się czuł, gdybym go nie napisał. Bo jeśli - i jak - myśl się w ciele żyjącym rodzi? Nagle jest i obradza chmurą światła, ciemności, pół-cieni... Jak ziarnko piasku tej ziemi wprowadzone do muszli, do ciała mięczaka. Budzę się, budzi mnie? myśl i rośnie. Urasta do pewnej całości, która nie może (nie powinna) rozpaść się, zaniknąć, odlecieć w nie-byt. Bo skoro się pojawiła! Skoro JEST! Taką mam logikę, że skoro coś jest...! Ach! - to kłaniam mu się, cześć oddaję, a to, co jest prowadzi mnie aż... do końca. I początku, wszystkich rzeczy.

Ta myśl początkowa, początku, obrastająca ciałem perły (masy perłowej) trzyma mnie jak prędkość kosmiczna na orbicie sfer niebieskich. Krążę w sile oddziaływań ciał niebieskich, więc jestem, więc żyję. Jest we mnie konieczność zapisania tego, co w myślach się rozkręciło, od ziarnka piasku do perły, bo uwiera jak małżę.
Prędkość kosmiczna nie jest koniecznością dla bytu, koniecznością jest siła oddziaływań. Są siły oddziaływań, które powołują do istnienia i w danej sferze, bo powiedzenie, że w danym punkcie, to chyba za mało. Punkcie czego? Na ziemi? W kosmosie? Przestrzeni? Wszechświata? Najbardziej Wszechbytu. Bo jesteśmy cząstką, ziarnkiem, Wszechbytu - to oczywista i najbardziej matematyczna z matematycznych prawd życia (bytowania) człowieka.

To nie są rozważania o Papieżu. Z dużej litery, bo ten ostatni stworzył precedens, choć już kiedyś coś takiego zrobił, jak Józef Ratzinger, papież przed siedmioma wiekami. Ale teraz już każdy następny bardziej będzie mógł, choć mógł każdy dotychczasowy.

Ja nie o nich. Ja mam dostęp tylko do materiałów własnego życia (jego wolności, pewności i konieczności). O tym chcę, muszę napisać ileś słów.

Dzisiaj mam zasiąść po południu w Radzie. Na posiedzeniu Rady Pedagogicznej szkoły. Po co? Z konieczności. Moje zdanie nie jest potrzebne nikomu. Od dawna żyję, bo muszę. Żyję za grubą życio-jakoś-szczelną szybą. Właściwie w niebycie. Żyję, bo funkcjonują organy biologiczne.

Ale nie tak było na początku. Na początku było pragnienie Heleny i Jana Kapaonów, by mieć syna. Odprawili nowennę. Do świętego Antoniego. Nie wiem, czy przed moim poczęciem, czy już po, choć pewnie i to jest jakoś do ustalenia, ale nieistotne. Chcieli. Byłem chciany. Gdzieś zachował się list wielbiący po moim urodzeniu, Jana do Heleny. Napisany na Kościuszki 26m5, zaniesiony do porodówki na Krasińskiego w Legionowie, przechowany przez ponad pół wieku.

Rzadka okoliczność w sumie, w świecie wpadek rodzicielskich, co w 99.98% też mało istotne, bo ciąg seksualny naszego ludzkiego życia jest wielki, rodzi dzieci (poczyna), ta większość bierze pełną odpowiedzialność za swoje poczynania płciowe. Nieliczni, na szczęści, znęcają się nad dziećmi, bo są wpadką porywów, bez rozumu i odpowiedzialności potem, więc niedojrzałymi choć dorosłymi, dzieci życie przeszkadza im (łobuzom nad łobuzami) w karierze, standarcie wyposażenia domu, i tak w nieskończoność, bo nie tylko tak dalej. Dalej dokąd? Do absurdu zaprzeczenia swojej ludzkiej naturze? Do zezwierzęcenia? Tak, chyba zezwierzęcenie jest kresem tego dalej, dalej.

Jaki procent nas, z wyglądu i chromosomów, ludzi - jest ludźmi z gatunku homo sapiens?

Sapię, nie śpię, piszę, myślę, piszę bo myślę, a myślę, bo nie śpię... bo wszystko się porwało na strzępy, więc choć to zapiszę, ten stan.

A w jakim stanie jest teraz ten, który poruszył wczoraj cały świat? A co mnie to obchodzi? Obchodzi, to jest mój świat. To jest reprezentant tego samego gatunku, tego samego losu w wielkiej części, choć on bezżenny i raczej w dobrobycie materialnym, i obdarzony (obciążony?) wielką odpowiedzialnością wobec spraw ludzi wierzących w tego samego Boga i. Ja nie. Ja tylko wobec własnej żony i dzieci. U nas, Strachowian? Polaków? sprawa odpowiedzialności za większą całość jest bardzo rozmyta. O czym powie podrozdział o skórce od (po) pomarańczy i tiszercie.

Ale najpierw o Solidarności.
Polska Solidarność 1980 zrodziła dorosłego Józefa Kapaona. W Niej powiązały się wszystkie następne kroki i etapy. Wszystkie, nawet ten wyjątkowy małżeński-rodzinny. Polska Solidarność ma niezbadane jeszcze pokłady. Nie tylko przecież mnie zrodziła i rodzinę Grażyny i Józefa. 
Bo na początku, jak wiecie, było chciane przez Helenę i Jana, wymodlone dziecię, syn. Jadł, spał, wydalał, rósł. Musiał się bawić, jak każdy na początku. Bawiono się z nim. Tak to jest zapisane w naturze i kulturze gatunku. Potem jest nauka. Poznawanie bliskiego, dalszego, dalekiego świata, najdalszego też. Oczywiście z apetytem i etapem poznawania siebie, cielesności, płciowości, seksualności, które zresztą będą polem odkryć, eksploracji całe życie. Tak, lub inaczej.

Poznawanie świata, to nauka w szkole i książki. Ma się też wtedy kolegów, koleżanki, przyjaciół, bywa, że na całe życie, a przynajmniej, do jakiegoś czasu.

Wszystko to miałem, robiłem. Częścią ważną było, nieodłączną w moim pokoleniu(?) środowisku(?) epoce(?) wychowanie i poznawanie (nauka) spraw religijnych. Dom, szkoła i kościół. I Polska.

Czas nauki szkolnej kończy się studiami. Była politechnika i filozofia. OK.
Ale czas studiowania, to także czas napięć wewnętrznych. Czasem(?), na pewno i z bezwzględną koniecznością, kryzysów. Wykluwa się samodzielność pełna. Samostanowienie. Odpępowienie, choć nigdy do końca, nawet po śmierci rodziców, jesteśmy z nimi i nimi związani. Z nimi, ze światem, z całym poznawalnym bytem i z Wszechbytem. Taka jest natura ludzkiego istnienia w świecie osób i rzeczy (kultury). Dotyczy to każdego, nawet, gdy in vitro.

Mnie, do samodzielnego, dorosłego życia zrodziła Solidarność 1980, polski fenomen w dziejach świata.
O ile wyjazd do Taize (1979, 1980) był w ciągu wcześniejszych zdarzeń i etapów, to Solidarność była nieciągłością, punktem osobliwym. Taize było, jak widać to z dystansu, zakończeniem, źle brzmi, bardziej zwieńczeniem. Zwieńczeniem drogi rozwoju intelektualno-duchowego i poszukiwań. Znalazłem perłę, ona mnie znalazła i mi się dała. Religijnie i rozumnie byłem wtedy już ukształtowany. To znaczy, tam, na wzgórzu Burgundii został mi dany szlif końcowy etapu nauki, poznawania. Symbolicznie i faktycznie tam przeczytałem pierwszy raz całą Dobrą Nowinę i zobaczyłem, jak ona działa we mnie, w osobie i we wspólnocie ludzi w wymiarze globalnym, ponad granicami narodów, kultur, ras. Tak chciałem żyć. Znalazłem.

A jednak to nie był etap końcowy, lecz jakby przygotowawczy do czego innego. Albo inaczej, wszystko już miałem na wyposażeniu, czego trzeba, by żyć życiem dorosłego człowieka, ale nie sam wybrać niałem miejsce konkretne i zadanie do zrealizowania. Zostały mi dane. Przez wszystko, co wcześniej się stało. Przez wszystko, co wydarzyło się od czasu modlitwy moich Rodziców o syna, poprzez miejsca i czas im najpierw dany i przeżyty, a potem we mnie. Nasze życie działo się w Polsce. Polskę Rodzice wybrali ponowym świadomym wyborem (może najpierwszym?), gdy nastała wolność 1945. Wrócili z Niemiec, nie wyjechali do Ameryki. Ta ziemia, jej kultura, wiara, religia zadecydowały o ich życiu i losie i o moim.

Mnie dopadła Solidarność. Nam objawiła się Solidarność, najpierw w Papieżu i przez Papieża Polaka. W Nim staliśmy się papieżami. Solidarność największa nas, mnie porwała. Wyznaczyła miejsce i zadania na resztę życia. Tak się objawiła – jak się okazało – życiowa konieczność i wolność zarazem i miłość. Nie mogłem zostać we Francji, ani dalej jechać w świat. Wróciłem do Polski, w grudniu 1980. Wolność!!! Który raz? - została wtedy dana nam, Polakom. Wróciłem dla Solidarności. Dla tego porywu, który zdmuchnął komunizm, czyli powojenne zniewolenie ludzi i narodów. Stałem się jego częścią. Cząstką. Pyłem. W Strachówce. W mojej gminie. Na moim skrawku Polski, Ojczyzny moich rodziców, mojego dzieciństwa, moich poszukiwań życiowych i marzeń.

Wczoraj na korytarzy szkolnym, podczas tzw. dyżuru, w rojnym otoczeniu myślałem o tym, czy wielu ludzi doświadczyło, tak jak ja, konieczności, która wyznacza zadania i prowadzi przez życie. Bo pewnie wielu wydaje się, że najważniejsze są ich wybory. W moim życiu była konieczność. Błogosławiona konieczność. Konieczność czyni z nas wybrańców. Paradoks?!
Broń Boże, nie mieszać z uświadomioną koniecznością marksistów, choć pozornie zdanie wygląda tak samo. Moje stwierdzenie mówi o konieczności wyższej, etycznej, duchowej, oni – o materialistycznej. Konieczności, której korzeń jest z ducha. W Duchu. W całości powiązań, relacji, oddziaływań, rozumień, kultury, odczuć, wyborów, rachunków sumienia, spowiedzi, grzechów odpuszczonych i łaski. Tak zadziałała Solidarność. Tym była.

Strachówka została mi przeznaczona. Od kiedy? Od wystawienia figury Matki Bożej w Ogrodzie? „Wymarzyła Cię Jackowska, a gdy z mężem tu przybyła, ideały swe wcieliła i figurę wystawiła (1910)”. Jackowska, też Maria, marzyła o świętości, zapisała to w swoim pamiętniku dziesięć lat wcześniej, na początku wieku.

Bez wakacji w Annopolu nie byłoby rodziny Kapaonów, spytajcie moich sióstr. NIE RECYTOWALIBYŚMY JEDNYM GŁOSEM NAD GROBEM MAMY BABCI HELI PSALMU 91!

Bez annopolskiego ducha (mszy w kaplicy na Trawach) nasza polskość też byłaby inna. Bez książek, fortepianu, opowieści i wierszy Ojca z obozu w Neumunster, bez obrazu Polski i rodziny z czasów II RP i z legendy rodzinnej i lektury Prusa...

Strachówka była mi przeznaczona na długo przed rokiem 1980. TUTAJ NIE MOGŁO ZABRAKNĄĆ SOLIDARNOŚCI Z DNIA 3 MAJA 1981. Potem była agresja Jaruzelskeigo przeciwko nam, przeciw odradzającej się Polsce (w imię jakiejś innej, jego, ich).
Wtedy Kościół zawołał, ustami proboszcza Józefa, że szuka i potrzebuje, zostałem katechetą, znów byłem potrzebny, z całym wyposażeniem bytowym.

Ot, taka była moja cała życiowa konieczność. Żadne jakieś tam moje plany. Taka była, tylko tyle - dwa wyraźne wezwania. Jeszcze jest, choć strasznie dziś gorzka. Jestem skórką po pomarańczy. Choć w kategorii „użyteczność”, poniżej skórki, żadna. Może raczej ziarnkiem piasku wyrzuconym na brzeg, deptanym przez wiele nóg. Piasek, jak wiadomo, może być także użyty przez kogoś do zaprawy murarskiej, nawet w innej epoce. W tym akurat przypadku nieorganiczność może mieć przewagę. W życiu osobistym i społecznym organiczności nie da się niczym zastąpić. Bez organiczności życie jest podróbą.


To jest moje odkrycie - nie tylko zobaczyłem i zrozumiałem konieczność w moim życiu. KONIECZNOŚĆ SIĘ OBJAWIŁA W MOIM ŻYCIU. Podjąłem ją. Stałem się koniecznością. Konieczność, która jest dobrem, miłością, wolnością największą z możliwych, bo nie z "tego świata" ludzkich planów, ale dobra wspólnego i zbawienia z podręczników teologii i Dobrej Nowiny. Ponad pojęciami cielesności, grzechu... jak w dialogu Nauczyciela z uczniem Piotrem. - "Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny." - "Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił".

A co z T-shirtem?
Zobaczcie na stronie Lucy z Lincoln, Ne, USA. Zdjęcie zamieściła córki, GRACE, uczennicy szkoły świętej Teresy. GRACE przypomniała koleżankom i kolegom ze swojej szkoły, aby włożyli coś niebieskiego w któryś dzień, aby było jak w niebie, w ich szkole w Roku Wiary (i Rozumu, co dopisać muszę, zgodnie z wewnętrznym nakazem). I tak wyszło, że choć wszystkim przypomniała, sama tego dnia nie mogła iść do szkoły, z powodu choroby, co dobrze dokumentuje zdjęcie. Ale ta koszulka! Ten T-shirt! Jest na nim monstrancja. W środku, w miejscu hostii, jest zaokrąglone imię Jesus, oprawione widełkami litery "Y" od słowa "year". W promienie są wpisane trzy słowa – znać, kochać, pokazywać. W podstawie jest zapisany Rok Wiary, a pod spodem nazwa szkoły - Saint Teresa School 2012 - 2013.
Na pytanie w komentarzach (bo tam, w Ameryce – choć pewnie nie wszyscy - rodzice i nauczyciele dzielą się swoimi opiniami w komentarzach!), "kto zaprojektował tę/tego T-shirta", padło wyjaśnienie: uczennica ostatniej klasy, z imieniem i nazwiskiem.

To tylko T-shirt, a mnie się smutno zrobiło, bo uświadomiłem sobie, jak martwą staliśmy się (stajemy? jesteśmy?) gałęzią kościoła, dzisiaj - w Polsce, w gminie, w parafii? w diecezji?
Cośmy dotychczas wymyślili w Roku Wiary (i Rozumu)? Jakie są nasze propozycje, projekty, owoce, przemyślenia, rozmowy, dialog, choć głos? Nasza Solidarność? Gdzie możemy ją/je zobaczyć, usłyszeć, poznać, nią/nimi się dzielić... między sobą i ze światem całym (ten wymiar, to globalne wyzwanie utrwaliła koron(k)a do miłosierdzia pewnej dziewczyny ze wsi, z długim lnianym warkoczem, którą odwiedziliśmy projektową grupą/reprezentacją szkoły 9 listopada w Ostrówku, gmina Klembów, powiat wołomiński).

Czy nasza religijność i rozumność polega już tylko na tym, że czekamy(?), co nam biskupi wymyślą i zaproponują? Że może jeszcze (na pewno) coś nam kapnie w tym roku z globalnego stołu poblemów i łaski.

Mniej mówmy o papieżu, a więcej o wierze (rozumnej). Ale tego się nie da zrobić, bez mówienia o sobie. Wiara nie jest produktem instytucjonalnym, tak się tylko wydaje. Wiara jest możliwa tylko w osobie. W osobnym, osobowym świecie. Wspólnotowym. To nie zaprzeczenie. Bez wspólnoty (dialogu) nie ma osób. Bez wspólnoty osób (Trzech) nie byłoby Kosmosu i Wszechświata. No, ale to już, poza doświadczeniem, jest przedmiotem wiary.

PS.1
Jak z tym, co napisałem, między 3.00 a 5.00 (to przeważnie zajmuje dwie godziny) iść na posiedzenie ciała pedagogicznego w Strachówce? Będę się (chyba) męczył.

PS.2
Prędkości kosmiczne są potrzebne do przekraczania orbit. Kiedy ustają oddziaływania niższych sfer (i własna siła ciągu), a byt ma nieprzyjemność znajdowania się między galaktykami, odlatuje w zimną przestrzeń, bez ratunku. Był, i nie ma.

7 komentarzy:

  1. A katecheta w Strachówce kiedy abdykuje ze swojego "nauczania". Czas dać innym się wykazać.

    OdpowiedzUsuń
  2. I Ty możesz zostać katecheta :-)
    Ale jak wiesz, padają wtedy niewygodne (dla Ciebie) pytania - "Jakie jest Twoje imię?" i prośba - "Ukaż nam Swoje oblicze".

    Kto jednak wybiera światło, może - w każdej chwili - włączyć się w rozmowę o wierze, na stronie "Katecheza online".

    http://www.facebook.com/KatechezaOnline

    OdpowiedzUsuń
  3. "Rezygnuję dla dobra dzieci i Kościoła". Dziękuję. Takiej odpowiedzi oczekiwałem. Tylko że jedni się modlą z powołania a inni dla pieniędzy. Lepiej być niedowiarkiem niż udawać świętoszka. Ze mną wszyscy porozmawiają i nie muszę nikogo prosić o rozmowę. Imię mam oblicze też, a że używam pseudonimu to moja sprawa. Nie wszyscy muszą wiedzieć kim jestem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Super blog i piękne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dobre słowo! Dobre słowo jest jak tlen, w naszym dusznym klimacie "zielonej perełki" :-)

      Przepraszam, że tak późno zauważyłem i opublikowałem Twój komentarz.

      Usuń
  5. Pokój i dobro.
    Bóg sam walczy o mnie przeciwko szydercom.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie myl człowieku pojęć stalking od komentarzy.Nękanie, określane jako stalking, może być prowadzone na przykład poprzez wykonywanie licznych telefonów do ofiary, wysyłanie jej sms-ów, śledzenie, ale też obdarowywanie ofiary prezentami, których ona sobie nie życzy.
    Zdaniem ekspertów, Polaków, którzy padają ofiarą starkingu jest coraz więcej. Zazwyczaj zaczyna się dość niewinnie: poznajemy kogoś przez internet, rozmawiamy, bywa, że się spotykamy. Później nasz "adorator" nęka nas setkami telefonów czy sms-ów, a bywa też, że godzinami "czeka" na nas pod naszym domem.
    Prześladowanie może trwać całymi miesiącami, a nawet latami, a ofiara stalkera, by wrócić do równowagi i móc nawiązywać normalne kontakty z ludźmi, potrzebuje pomocy psychologa. "Wielbiciel" zaburza bowiem całe jej życie. Niezależnie od tego, czy wysyła jedynie sms-y, dzwoni, czy też przesiaduje przed domem, wzbudza lęk, że może posunąć się dalej. Ja nic z tych rzeczy nie robię. Po to są komentarze żeby wyrazić swoją opinie, co czynie. A jak się nie podobają to nie czytać. Mi też się nie podoba wypowiedz o podręcznikach do religii żeby się nimi wypchać, to może żadnych podręczników nie kupować jak kiedyś pan powiedział po co wydawać kasę. A później wielkie zdziwienie że coraz mniej ludzi chodzi do kościoła.

    OdpowiedzUsuń