wtorek, 9 lipca 2013

Rozmowy w Roku Wiary i Rozumu



Sprawa księdza Lemańskiego żyje. Zamykam telewizory wieczorem, była. Otwieram rano, jest. W innych mediach, też. Niektórych to denerwuje, ten szum. Mnie nie. Mnie krzepi. Szumi wokół spraw naszego kościoła. Mojego kościoła. Jest moją sprawą. Żyję takimi sprawami od 32 lat, z racji pracy katechetycznej. Żyję kościołem. To jest moje życie, mój świat.

Tak się złożyło, że “ta sprawa” jest nam dana, zadana w Roku Wiary i Rozumu. Bogu dzięki? Chyba tak, bo ten rok przechodzi blado i niemrawo, prócz drobnego epizodu wymiany papieży, dwóch papieży żyjących na raz, i wkrótce dwóch innych papieży soborowych kanonizowanych. Jest też nowa encyklika, mająca dwóch ojców. W roku 50. rocznicy rozpoczęcia Wielkiego Świętego Soboru Watykańskiego II, o którym większość katolików wie niewiele. Większość nie może się nadziwić, czemu się tak uczepiłem soboru. Dlaczego umieszczam go w fundamentach współczesności całej, całego naszego świata, nie tylko kościoła. Sobór podał tlen. Nam, kościołowi-wspólnocie.

Sprawa księdza Lemańskiego się chyba po-ciągnie, bo akt/decyzja administracyjna i uzasadnienie ostateczne czyjegoś życia, to dwie różne rzeczy. Tak widzę i przeżywam nie tylko tę sprawę. Taki dostałem gen(otyp) przy urodzeniu, rozwinąłem go w fenotyp życia-rysem. Urzędów się boję, nie lubię, nie mam zaufania. Od czasów PRL. Szukam za to uzasadnień ostatecznych wszędzie, gdzie się da. A gdzie się nie da? Tylko w sprawie życia, śmierci i zbawienia? Właśnie tutaj się da. I te uzasadnienia warunkują uzasadnienia na innych, niższych poziomach. Dwie postawy, wizje? praktyka? Świata! Kościoła!

Jak – według ostatecznego uzasadnienia – wygląda TA sprawa? Kto wie? Bo tylko to się liczy w naszym życiu, śmierci i – dla osób wierzących – zbawieniu. W tych kwestiach decyzja administracyjna nawet biskupa (i papieża?) niewiele wnosi, może nawet nic. Jest prawda, prawda jest poznawalna... jest możliwa postawa miłości intelektualnej. Prawda znaczy wszystko? I tu i tam.

Są - widoczne gołym okiem - dwa podejścia do życia w kościele. Nie wiem, jak jest w wymiarze globu, ale w moim świecie (realnym i wirtualnym) są dwa. W każdej prawie sprawie. Od liturgii, przez polityczne, po samorządowe. Jedna – tak ma być, bo tak było, to nasi, tradycja, wychowanie, przyzwyczajenie... Druga – bo tak jest, Bóg Prostoty, "dotykalny", objawiający, dający udział przez i w Duchu Świętym, każdemu ("chrześcijańskiemu rewolucjoniście") który zabiega w porę i nie w porę.
Weźmy na początek stosunek do obecnego szumu (medialnego?). Dla niektórych szum jest dyskredytujący. Skoro wszyscy mówią (a nie my i nasi) – to jest źle. Musi być bardzo źle. Dla mnie szum jest adekwatny/proporcjonalny do sprawy :-)
Taka jest misja mediów. Poziom zrozumienia, to inna sprawa. Sprawy kościoła, a jeszcze głębiej sprawy ducha, duchowości są dla większości abrąkadabrą. Ale! Skoro jest zainteresowanie, ileż możemy wprowadzić światła tam, gdzie panuje mrok! My! O ile – na ile - sami rozumiemy. Na miarę tegoż zrozumienia i giętkiego języka. Zrozumienie jest nam dane? Prawda się daje. Prawdy się zarazem dochodzi i czeka. Przyjść może nagle, niespodzianie. W wydarzeniach, faktach, komentarzach, ciszy, modlitwie...

Wczoraj tak przyszło do mnie rozszerzenie widzenia 'tych spraw'. Przez przejście młodego sąsiada stąd do wieczności. Miał 65 lat. Byłem przed laty na pogrzebie jego żony i teścia. Uczyłem jego syna. Jesteśmy sąsiadami od zawsze, najpierw dzieciństwa, teraz względnej już starości.
Pogrzeb też jest rozstaniem Ale zawiadomienie aktem nekrologu na drzewie, słupie, tablicy ogłoszeń nie wystarczy, by pożegnać odchodzącego. To - doszło do mnie. Salve Regina też. Grane dwukrotnie. W kościele, a potem – o dziwny zbiegu okoliczności – w domu, tuż po powrocie, z włączonego telewizora (na pogrzebie matki Janka Kaniewskiego, nieprzystosowanego do samodzielnego życia w serialu “Doręczyciel”). Jest w naszym życiu muzyka sfer niebieskich. Kolejne takty, frazy, całe uwory. Jej autorem może być tylko Duch Święty. Jak to się dzieje? Nie wiem. Czy jeden przyciąga Go (i pochłania) więcej, drugi mniej? Nie wiem. Ale staram się dawać Mu prowadzić.

Wiem, nauczyłem się już chyba, że możemy być spokojni, bo zawsze Go otrzymamy, w porcji/dawce potrzebnej, koniecznej do poznania prawdy i skutecznego działania. Przy całej przewidywalności obrotów ciał niebieskich i nieprzewidywalności obrotów spraw ludzkich, wśród których jedne są w stanie wyprzeć, zastąpić, naprawić poprzednie w ułamku mgnienia oka. W życiu osoby, rodziny, Kościoła, wspólnoty. Często trzeba tylko poczekać. «W chrześcijaństwie czas ma podstawowe znaczenie». Nie głoszę banialuków. Głoszę prawdę, i cóż, że życiową! Jestem katechetą!

W sprawie jasienickiej są, co najmniej, trzy strony: proboszcz, biskup i my (najpierw parafia w Jasienicy, diecezja i cała wspólnota kościoła). Czwartą jest Watykan? Papież Franciszek? Rok Wiary i Rozumu? Zaległe rozmowy o kościele i świecie w świetle nauki Soboru Watykańskiego II? Decyzja administracyjna, jak gilotyna, załatwia – tak lub inaczej – tylko sprawę między przełożonym/biskupem a podwładnym/proboszczem.

A szerzej? Dlaczego nie spróbować współczesnej formy Sądu Bożego? Miałem pomysł na codzienność rozmowy Dobrą Nowiną w kościele-wspólnocie od dołu zaczynając, czyli parafii, jako jakiejś części tzw. wspólnoty lokalnej. Przyszedł do mnie (“mam pomysła”?) w Boże Narodzenie, chyba w drugi dzień, zasygnalizowałem go, dając do zrozumienia, że podam w całości, gdy znajdą się choć dwie osoby zainteresowane. Dzisiaj, chyba na skutek przeterminowania, mogę wyłożyć towar (projekt) duchowo-intelektualny na półkę przeceny.
Prościzna: spotykamy się gdzieś na godzinę przed mszą świętą parafialną. Mamy godzinę na zasygnalizowanie, przedstawienie sprawy, o której chcemy rozmawiać, nad którą chcemy się pochylić, poświęcić trochę swojego czasu. Potem jest msza. Zwykła, “z dnia”, najzwyklejsza, dziękczynienie i ofiara. A potem? Zwyczajność naszego życia, dnia, sposobów komunikowania. Można założyć stronę www, na której moglibyśmy kontynuować rozmowę sprzed mszy, w świetle mszy. “Podstawowa wiedza bierze początek z zadziwienia, jakie budzi w nas kontemplacja tego, co stworzone. Człowiek odkrywa ze zdumieniem, że żyje w świecie i jest związany z innymi istotami podobnymi do siebie, z którymi łączy go wspólne przeznaczenie... konieczność refleksji na temat prawdy... łączy mnie misja otwartego «okazywania prawdy»”. Ci, którzy w naszych parafiach nie korzystają z ICT, mogliby zgłosić swój głos, ktoś by pojechał, spisał, upublicznił. Czas wolontariuszy. Zbyt proste? Zbyt współczesne? No cóż, tylko tyle mogę. Resztę nie ja, “bo ja tam się kończę, gdzie możność moja”.

Jeśli ksiądz Lemański na skutek dekretu biskupa wyprowadzi się do domu księży emerytów, zniknie, sprawa będzie załatwiona między Nimi. Ale nie z naszymi uczuciami, odczuciami, naszą wiarą i rozumem. Nie widzimy w tym konflikcie wyraźnego rozróżnienia na dobro i zło. Tym bardziej nie znamy ich bilansu.
W moim kościele sprawa byłaby załatwiona (?) gdy zobaczę główne osoby dramatu przy ołtarzu koncelebrujących mszę, dziękczynienie i ofiarę (niespójność gramatyczna jest tutaj chyba na miejscu). I kiedy wszystko będziemy mogli sobie powiedzieć. MY! Główne osoby, to nie znaczy, że wszystkie. Domyślam się i czuję osoby niewidoczne, cichy i niezłomny nacisk suflerów diecezjalnych (chyba nie aż w KEP?). Czuję, bo znam poglądy, z nasłuchu w Realu i z lektury w Necie, które się dziwią każdej samodzielności myślenia i minimalnemu nawet odstępstwu od głównej linii nauczania światopoglądowego w ich otoczeniu (środowisku), nawet niedokładnego powtórzenia ogłoszonych stanowisk, i “prawd”.
Tu i tam widzę i słyszę oczekiwanie, bym się dołączył do jawnych krytyków, przynajmniej odciął radykalnie od inkryminowanego księdza. Jakby mnożenie słów mocno ocennych, aż po potępienie(?), miało zmienić cokolwiek, w tym - postawę księdza! A ja w to nie wierzę. Czuję pewną presję. Ksiądz prof. Dariusz Oko (częsty ekspert kościelny w mediach) w programie telewizyjnym poszedł tak daleko, że nawet świeckich podporządkował władzy biskupa (może myśląc “w kościele”, ale nie mnie bronić naukowca). Zagalopował się? Czy jest to powszechne przekonanie tzw. duchownych? Tytuły publikacji księdza profesora sugerowałyby, że powinien być mi bliski!?

Nie dorastamy do “Franciszkowej” samodzielności, podmiotowości, odwagi myślenia (także rozumowania) i głoszenia tego, co myślimy. Nie mamy zaufania do siebie (swojego wykształcenia?), do dobrej woli drugiego, ani do samej wolności.

Dzisiaj rano ładnie sprawa się otworzyła w telewizyjnym okienku na świat. W TVN z Łodzi wypowiedział się dominikanin zwykły, w podkoszulce, z jakimś pobożnym logo. Mówił i wyglądał jak każdy z nas. Mówił prostym, zrozumiałym językiem. Że “młody energiczny ksiądz na emeryturze to skandal, intryga(?) grubą nicią szyta”, “skandalem są wciąż dominujące książęce postawy biskupów, choć jest już coraz więcej inaczej myślących”... (cytaty mogą być niedokładne). Zakonnik wcale nie potępiał księdza – ani jego zwierzchnika - ani nie skazywał na przegraną w sporze z biskupem. Spór uważa za zasadny z punktu widzenia prawa kanonicznego. Niech się toczy i rozstrzyga. Porównał dwie wysokie - procesujące się - strony do kogutów (cytat dosłowny). Słuchając takiego można tlenem odetchnąć i nabrać dystansu – choć nie oczekujmy tego od księży diecezjalnie podległych, ani od ludu bezrefleksyjnej wiary, choć mieszkańcy Jasienicy pokazani w reportażach mówią rozsądnie. Oni wypadają na razie najlepiej, bo pokazani są, jak się modlą.
Primum vivere. Także vivere z tym, a nie innym proboszczem. Żyj, módl się i pracuj. Reszta przyjdzie i tak. “Prawdy się zarazem dochodzi i czeka” :-)

Wczoraj przeczytałem komentarz innego zakonnika, jezuity, równie otwarty, bez sądu (ostatecznego) nad nikim. To jest mój kościół. Inny nie ma (chyba) przyszłości. Bezrefleksyjny? Zakazujący własnego myślenia, odczuwania, nasłuchiwania Ducha Świętego... Zakazującego lekko, łatwo komuś mówienia? Pisania? Myślenia? Przecież człowiek-osoba to samodzielny podmiot myślący, obdarzony godnością... Wyrażanie swoich myśli, poglądów... jest istotową i konstytutywną cechą osoby! “Gdzie jesteś Adamie? - pokaż mi swoje myślenia”! Zakaz jest... łamaniem osoby (sumienia)? Prawa Bożego? Zakaz mowy i pisma pochodzi chyba z czasów gęsiego pióra i znajomości neuro-psycho-fizjologii, filozofii dialogu, wolności, dramatu, osoby z tamtej epoki. Jak można dzisiaj przeciąć drogę neuroprzekaźników i ich współpracy ze współczesną farmakologią... i odciąć od sieci, w której nieustanne jesteśmy obecni i załatwiamy sprawy wszelakie, w tym parafialne, duszpasterskie... Jak można w 2013 żyć w nierealnym świecie. Jestem amatorem na polu wiedzy o człowieku, ale nie na polu wiedzy o własnym życiu i wspólnocie. «Człowiek», czyli ten, kto «zna samego siebie».

Pożytkiem kościelnym ze sprawy księdza Lemańskiego jest to, że zaczynamy rozmawiać o naszym kościele, wspólnocie, wierze i rozumie. Nie przeciw kościołowi. Z KOŚCIOŁEM! W KOŚCIELE! Nawet ja, katecheta po 32 latach w zawodzie i powołaniu, jestem 'proszony' o zabranie głosu. Proszony? Tak, konkretnie i coraz bardziej. Przez Kogo?
Taki jest nasz świat 2013, taka wiedza dana poszukującym prawdy i takie możliwości technologiczne. Taki jest nasz kościół, braci i sióstr w jednej wierze i w jednym Duchu. Nawet żyjąc w odosobnieniu na pustyni, plebanii i w lesie. Ponad granicami diecezji, pokoleń, tytułów hierarchicznych i naukowych, w pyle dróg życia i różnych powołań (także do służby w kościele). Myślę nawet, że wielu księży kibicuje po cichu proboszczowi z Jasienicy, nie mając takiej odwagi, determinacji, temperamentu w stosunku do swojej władzy na śmierć i życie i emeryturę. Ilu kibicuje arcybiskupowi? Nie dowiemy się. Kto najbardziej cierpi? Cierpienia są oczywiste. Ksiądz o nich mówi, biskup jeszcze nie, ale czy może być inaczej?! A my? Modlitwa przychodzi z pomocą. Więcej sie modlimy, więcej rozmawiamy, więcej będziemy wiedzieć o sobie, lepiej siebie rozumieć. I nasz kościół. Większe dobro spłynie na nas, czyli także na kościół i świat cały!?

Zasypiając i niczego się już nie spodziewając od medialnego obrazowania spraw naszego świata usłyszałem jednym uchem – bądź wola żony sakramentalnie danej - komentarz do spraw politycznych. Otworzyłem oczy, zastrzygłem uszami. Toż doktor Sławek odpowiadał na pytania redaktora prowadzącego. Ściągnęli go po nocy by usłyszeć i dać nam coś wiarygodnego (z UKSW :-)

Przyjaźń z sali katechetycznej nie umiera. Żyje, syci, krzepi. Nie mogę pojąć braku wspólnoty między księżmi z tej samej katedry, tych samych seminariów i wspólnego losu (celibat! chociażby). Tego nigdy nie mogłem pojąć, od czasu, gdy zacząłem cokolwiek pojmować, zwłaszcza w dziedzinie wiary, rozumu, kościoła. Coś w tym jest. Co? 

PS.
Biorę spory ciężar na siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz