piątek, 7 października 2011

Wystarczy chcieć

Jest pewna historia, która bardzo chce być opowiedziana. Malutki epizodzik o ogromnej wy-mowie. Zdarzył się w środę podczas modlitwy na katechezie w klasie 2. Ogarnęła mnie myśl, poczułem, doszło do mnie, zrozumiałem - jak kto chce - że kiedy się modlę, mam kontakt z tak wielką rzeczywistością, że ona mnie ogarnia, napełnia, wypełnia, porywa... Nic nowego powiecie, a jednak. Do tej pory to "ja" to wiedziałem, stary filozofujący katecheta. Oczywiście dzieliłem się tą prawdą i jej nauczałem. W środę to było jakby doświadczenie wspólnotowe - że my wszyscy, stary nauczyciel i uczniowie klasy 2, dostają przez modlitwę kontakt z tą ogromną rzeczywistością, i że ona ogarnia ich wszystkich. Niby też nic nadzwyczaj odkrywczego, ale proszę bardzo, spróbujcie powtórzyć. Tego się nie da zaplanować, zapisać w konspekcie i wykonać. Przyjdzie, albo nie. Będzie dane, albo nie. Taka jest natura naszej objawionej religii.
Tak, kto się modli, ten leczy i ratuje świat. Bo w nim jest wtedy moc z wysoka, z daleka, nie z niego samego przecie. Małe dzieci nie studiowały filozofii i nie upakowały w sobie wiedzy z wszelkich możliwych źródeł. W nich wtedy po prostu JEST - coś, Ktoś. Dobro w nich, w nas wtedy zwycięża. Objawia SIĘ i objawia, że JEST.

Pamiętacie mój zachwyt nad słowami gasnącego papieża JPII, że "Fenomenologia jest przede wszystkim stylem myślenia oraz sposobem intelektualnego podejścia do rzeczywistości, który pragnie uchwycić jej cechy istotowe i konstytutywne, unikając uprzedzeń i schematów. Chciałbym powiedzieć, że jest to niejako postawa miłości intelektualnej do człowieka i świata, a dla wierzącego, także do Boga — początku i celu wszystkich rzeczy" (22.3.2003).

To są tak wielkie sprawy, że możemy być nielicznymi szczęściarzami, którzy moga je po prostu - jakby nigdy nic - wpisać do swojej agendy (od "zerówki" po szczyty władz wszelakich) Boże, jak ja bym chciał o tej postawie miłości intelektualnej do was, do świata i do Boga z wami rozmawiać, a nie tylko o tym pisać, rzucając zdania i posty w głuchą ciszę, jak w zapomnianą studnię na pustyni.
Choć i w tej sprawie przyszła niemożliwa nawet do wymyślenia, nieoczekiwana i niespodziewana jak natchnienia biblijnych proroków pomoc - nagle zjawiła się w moim/naszym życiu Lucy, Lincoln, Nebraska, ich parafia św. Teresy od Dzieciątka Jezus, ich szkoła i ich miłość. To są tak wielkie rzeczy, że nie dziwię się, że niewiele osób to rozumie. Bez znaczenia, kto to mówi, Papież, Lucy, czy ja. Tkwimy w prawdzie, w samym sednie rzeczy (człowieka i w ogóle). Głoszę partycypacyjny model prawdy i istnienia. "W Nim [Bogu] żyjemy, poruszamy się i jesteśmy." Oczywiste, że tkwimy także w sednie spraw polskich "wziętych tęczą zachwytu". Poeci i ludzie rozumnie wierzący to wiedzą.
Wy mówicie, że "ten Kapaon" szkodzi naszej wspólnocie, sieje nienawiść i niszczy ludzi. O nierozumni.

Konformizm zżera nasze życie publiczne i społeczne. Dopasowanie się do presji i oczekiwań otoczenia. Nie szukamy prawdy, nie dzielimy się sobą i swoim obrazem świata.
Prawda nie jest moja. Prawda jest ponad nami - ja ją tylko nazywam, inni milczą. To milczenie jest formą kapitulacji przed złem. Mówienie jej tylko w cztery oczy nie kształtuje prawdy powszechnie dostępnej, funkcjonującej i formującej życie. Co to znaczy, że tylko ja mówię głośno i w przestrzeń dostępną dla wszystkich? Jakie są konsekwencje?
Albo oddajcie mi sprawiedliwość, a może uznanie i podziw, albo dorzućcie coś od siebie. Wzbogaćcie ją i nasze życie swoim zdaniem (życiem). To jest(!) wielki problem naszego życia w tzw. wspólnocie lokalnej, która wcale wspólnotą jeszcze nie jest!

Przeglądałem "Fakty powiatowe", i zdałem sobie sprawę, jaki mam udział w rozwoju powiatu. Bo uczestniczę w jego życiu publicznym od pra-pczątków - jak umiem i mogę - i dzielę się wszyskim, co zaobserwuję, przemyślę, albo co jest mi w jakiś sposób dane - nie oglądając się na to, czy mi to przyniesie jakąś korzyść, czy uznanie. Tak mnie wychowano.
Nie mogę nie pisać. Takie dostałem powołanie i tyle cudownych rzeczy codziennie się przede mną odkrywa. Nikt nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie. Nie lękam się już śmierci. To, co przeżyłem i poznałem jest większe od śmierci. "Niech nie płacze po mnie nikt". Dzielenie sie prawdą jest moją powinnością. Myślałem, że każdego człowieka, zwłaszcza jeśli jest wyznawcą tego samego Boga (Jezus i Ewangelia mówią prosto z mostu, choć w przypowieściach). Dziwię się naszemu katolicyzmowi bardzo. W dziedzinie mówienia prawdy i dzielenia się tym, co się dostaje od Boga - wyglada często na pozoranctwo.

Jestem wszystkimi życzliwie(!) zainteresowany. Nikomu nie zło-rzeczę, nikogo nie wyklinam. Nie umiem inaczej, zobaczcie mój wierszyk z młodości, który mnie definiuje pod tym względem ("nie umiem mijać ldzi / za każdym zostaję zastygłym spojrzeniem"). Nie zmienicie mnie, możecie rozpuszczać tylko wrogą mi propagandę. Chcielibyście, żebym przyjął wasze zwyczaje co do tego i uśmiechał się do wszystkich, myśląc często co innego "w sercu swoim". O nie! Tego się nie doczekacie. Nie wyście mnie stworzyli, ale odwieczne Słowo. Tylko przed Nim czuję się odpowiedzialny.
Zastanawiam się czasem, na czym polega nasza wspólnota w wierze. I nieraz mi się wydaje, że wierzymy w co innego. Tylko szczera rozmowa mogłaby to wyjaśnić.

Nie ma prawdy Kapaona. Jest jedna prawda. Gdyby wszyscy chcieli się wypowiadać równie szczerze i otwarcie, to ta jedna prawda mogłaby święcić wśród nas tryumf. Uważam że (prawidłowo pisane) - kiedy każdy szczerze i publicznie nazywa sprawy dotyczące naszego wspólnego życia, to ta każda nazwana cząstka staje się częścią wspólnego oglądu rzeczy. Uciera się jakiś wspólny obraz. Może malujemy wtedy gminę naszych marzeń, jak na festynie szkolnym. Nie załatwią tego rozmowy w cztery oczy, i nie daj Boże potajemne szepty, milknące na widok nie swojego człeka. Dano nam klucze królestwa. Królestwa prawdy, zgody, współpracy, a nawet jedności. Taka prosta rzecz - szczera rozmowa publiczna - i tak wiele może! A taką jest rzadkością! Bo najpierw musi się narodzić wewnętrznie wolny człowiek. A ten może się narodzić tylko w BOGU.

Będąc przejazdem w Jadowie wstąpiłem do Jerycha Różańcowego. W monstrancji hostia wielka jakby ukrojona z całego bochna. Kościół pełen ludzi dorosłych i dzieci. Właśnie kończyło się jakieś nabożeństwo. Potem nastał spkój i cisza. Dzisiaj jest rocznica zwycięstwa pod Lepante i innych, równie różańcowych. Lucy odnawia akt zawierzenia się Matce Bożej. W naszej rodzinie ta data jest upamiętniona urodzinami Zosi, w przeddzień, w wigilię. Jak to KRÓLESTWO blisko nas podeszło. Wystarczy wyciągnąć rękę. Wystarczy chcieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz