niedziela, 16 października 2011

O co tu chodzi




O co chodzi mi dzisiaj, w niedzielę, o godz. 9.40?
Dwie sprawy wybijają się na czoło. Ekonomiczne dno. Grzebiemy się w mule. Jakim cudem przeżyjemy kolejny dzień, tydzień? O miesiącu nie ma w ogóle co myśleć. I tak w kółko. Bez końca? OK, końcem będzie śmierć, byle oni mogli pokończyć studia. Po ludzku? Nie ma takiej możliwości.

Drugą sprawą jest zaliczenie mszy świętej. Grażyna nie nadaje się na jakikolwiek wyjazd. Modlitwa powszechna i komentarz są przygotowane, wydrukowane, pocięte. Boże Słowo zaplanowane przez kościół na 16.X.2011 napomina nas, byśmy nie tracili z pola widzenia innych narodów, korespondencji z nimi, nawiązywania i trwania w dialogu wiecznym o sprawach "być, albo nie być - prawdy, drogi i życia".

CHODZI O WSZYSTKO. O SENS - DOBRO-PIĘKNO-PRAWDĘ -O CZŁOWIEKA, O LUDZKOŚĆ.

Ale czy znajdą się dzieci do czytań i procesji z darami, gdy cała klasa 2-ga przyjdzie dopiero za godzinę? "Przynieście dary i wejdźcie na Moje dziedzińce" - czytamy dziś i słyszymy.
I co? CZY SYTUACJA W WIĘKSZOŚCI POLSKICH PARAFII JEST REALIZACJĄ ODWIECZNEGO SŁOWA I SOBORU WATYKAŃSKIEGO II (JEDNOCZENIA SIĘ W ZBIOROWYM ODPRAWIANIU NIEDZIELNEJ MSZY ŚWIĘTEJ? Czy tylko tu i ówdzie mają się martwić o to katecheci i ich rodziny?
Gdzie jesteś Ludu Boży? Jaka jest twoja świadomość (eklezjalna)? Wypędźcie katechetów, nie będą ciągle wypominać prawd i zaniechań!

Dzisiejszy "niby dzień papieski" wzmacnia obraz polskiej religijności, jako sfery, w której myślenie i logika odgrywają drugorzędną rolę. Dzień Papieski, choć dzisiaj jest rocznica wyboru Papieża-Polaka, był obchodzony przecież tydzień temu. Który dzień jest właściwy? Czy dzisiaj są poprawiny? Rozbicie jedności słów, akcji, sensu niczemu dobremu nie służy. Nie powtarzaliśmy wezwań i komentarza sprzed tygodnia, dziś Duch poprowadził swoją drogą (drogowskazy ustawia wzdłuż i w głąb czytań liturgicznych). Nie wspomnę o fenomenologii :)

Jest godzina 12.37. Siedzę przed klawiaturą, stukam, myślę i żałuję. Nie mogę być właśnie teraz w kościele z moją klasą 2-gą, przygotowującą się do I Komunii Świętej. Mają swoją mszę, oni i ich rodzice, bez swojego katechety. Tak zdecydowały realia naszego życia parafialnego. Wypominki przed kolejną mszą, dziesiątek różańca po poprzedniej - skracają czas możliwy do wykorzystania na naukę dla rodziców komunijnych. Msze są co półtorej godziny. Skutki będą opłakane dla całej wspólnoty. Czas bezlitośnie to wykaże. Nie trzeba (do przewidzenia tego) być wielce natchnionym prorokiem. Nie da się oszukać logiki i zdrowego rozsądku.

Rozmowa z Kubą (dostojnym Jakubem) ma dzisiaj wymiar niedzielny.

Chciałbym spytać ciebie Kuba, jak i tobie rówieśnych, w tym własnych synów i córki - czym jest dla was msza niedzielna i niedziela w ogóle? Ale Broń Boże nie chcę odpowiedzi katechizmowych, te znam. Interesuje mnie tylko wasze myślenie (osobiste) na (ten) temat, o wielkim ciężarze gatunkowym dla kultury i cywilizacji (nie do przecenienia). Czym jest msza w systemie waszych wartości, doświadczeń i waszego świata?
Czy wielu respondentów odpowie w tej ankiecie?

Też sobie stawiam to pytanie od rana. Niech nikt nie myśli, że wyjazdy na msze niedzielne są u nas bezproblemowe. Źródła problemów są różne. Może to być "nie mam w co się ubrać", bo delikwent przyjechał z Poznania lub Legionowa bez kurtki, butów, a tu wyskoczył mróz, albo coś jedynego się uprało i nie wyschło. Bywają też oczywiście przeziębienia, paluszek i główka i inne dolegliwości. Piec trzeba rozpalić, albo wygasić, koty wygonić, godziny wyjazdów-rozjazdów poszczególnych członków rodziny uzgodnić, a na koniec upchnąć się w samochodzie. Wierzymy, że zapali i nas dowiezie. Ma przecież swój wiek (27 lat). Na tacę dzisiaj nie dało się wyskrobać (lubimy wrzucać 10-tki, nie brzęczą).

Ale to nie są najważniejsze problemy. Największym zawsze jest motywacja. Tu może zagnieździć się subtelny kornik, rdza, albo mól, który misternie podgryza i niszczy ubrania, samochód i wolę człowieka. No, bo - znaleźć można wiele. Zmęczenie, bo ktoś późno wrócił, pokłócił się, skłócił z kimś lub sobą, bo ksiądz mu podpadł, a nawet Pan Bóg, bo kazanie było poprzednio za długie, bo zimno w kościele, bo nie będę sterczała przy drzwiach, żeby znaleźć i namówić dzieci do czytań i innych posług, bo nie lubię, jak się na mnie gapią... itd. Wypadkowa wszystkich "bo-i-nie-bo" bywa różna. Wiek też ma swoje prawa, zarówno starczy, jak i młodzieńczy.

Ale heloł, rozmawiajmy szczerze, ani pomstując, ani wybielając, bo prawda w końcu i tak zwycięży. Byle w nią wierzyć. I jej zaufać. I dać się jej prowadzić. W tym miejscu powinienem wspomnieć fenomenologię - sięgającą bezstronnie po cały opis (całkowanie nawet po wątpliwościach i marzeniach). Puśćmy luźno swój dysk kognitywny, nie cenzurujmy rzeczywistości. Zwycięży wtedy wyższy poziom naszego bytu, naszego "ja". Powiedzmy - poziom wartości i zasad.

Więc dlaczego każdy z nas dzisiaj pojechał, albo nie pojechał, na mszę?
Wobec Kogo, wobec Czego to robimy? Dlaczego?
Ja to robię wobec wieczności, konieczności, ostateczności - wobec Absolutu (i absolutnego rozumienia swojego jedynego i niepowtarzalnego żywota). Obliczam (odczytuję) swoje życie wzorem Boga Osobowego poznanego w Biblii i historii Kościoła. Inni, mogą inaczej - wzorem chaosu, wątpliwości, siebie samego, braku potrzeby prawdy absolutnej, algorytmem wszystkich dostępnych wyników nauk szczegółowych...
Myślę, że takie pytania i odpowiedzi sytuują się na poziomie myślenia proroków ze Starego Testamentu. Różnicą między sytuacją, w której oni funkcjonowali i my jest... Internet. Oni komunikowali swoje pytania i odpowiedzi niewielu współczesnym, my całemu światu. Ale tylko w zakresie pamięci operacyjnej, lub krótkotrwałej. W dłuższej pespektywie przecież dotarli (tzn. Prawda Objawiona) do wszystkich krańców świata. Głębsze rozróżnienia i falsyfikacje niech przeprowadzą teologowie :)

Siedzę na mszy i nie martwię się teologami. Odkrywam pełnię, odnajduję pełnię, odczuwam pełnię, przeżywam. Z tymi słabościami, które już wymieniłem, w tych słabościach i przez nie jestem w bliższych relacjach z Jezusem Chrystusem - bo Go bardziej potrzebuję i tylko z Nim mogę tak (o wszystkim) rozmawiać. Mówię Mu także o tym, że ja-katecheta nietuzinkowy prowadzę publicznie dialog z Wiecznością o wierze rozumnej. Uważam, że ten dialog jest niezbędnie potrzebny współczesnej Polsce, współczesnemu polskiemu kościołowi, zwłaszcza nowemu pokoleniu, które w 25% głos oddało na Janusza Palikota, który też proponuje dialog, choć prowadzi inną narrację. A nasz kościół nie i rzadko jest zjadliwy dla młodych.
Panie Jezu, a właściwie Jezusie Synu Boga Żywego - ulituj się nad nami. Zmiłuj się nade mną. Pracuję w takim zakresie, jaki mi powierzyłeś i nie mogę utrzymać rodziny, ani dzieciom zapewnić warunków do bezpiecznego studiowania. Jak to jest? Od Ciebie przyjąłem wezwanie. Pracuję w ramach dość zamożnego polskiego kościoła. Jak to jest? Nie chcę przywilejów. Chcę sprawiedliwości. Jan Paweł II miał odwagę patrzeć nam w twarz i mówić, że bieda pozbawia godności. Jak to jest? Wytłumacz mi. Pomóż mi wypełnić zadanie.
W sumie - dobrze się czuję na naszej mszy świętej. Prawie jak przed 28 laty na Spotkaniu Ekumenicznym w Kodniu - żadnych podejrzliwości co do stanu własnej duszy (czasem trzeba się o siebie wykłócać jak Abraham z Bogiem), czuję Jego bliskość i prostotę.
Nie chciałbym już spokojnych, anonimowych, beztroskich obecności na mszy świętej niedzielnej. Wolę te z troską, czy będą dzieci do czytań itd., które się zbiorowo odprawia. Dowodem prawd wiary jest życie według nich.

W kazaniu przemknęło zdanie o krzyżu w sali sejmowej. A dla mnie znów to nie jest dyskusja o krzyżu (poprzednia na Krakowskim Przedmieściu). To są zamienniki politycznych frustracji, zamiast poważnej dyskusji o kulturze. Jak Jan Paweł II w UNESCO/ONZ! To, co się dzieje w Sejmie i Senacie RP jest sprawą posłów i senatorów i wyborców. Ja potrafię sobie i dzieciom narysować krzyż kredą na tablicy. "I nie ma krzyżów... oprócz na zimnym kamieniu, / Albowiem krzyż jest życie już wiek dziewiętnasty" (CK. Norwid, Do Stanisławy Hornowskiej - z Łochowa!!).
SERCE-ŻYCIE-KRZYŻ-KULTURA (DIALOGU)... - zamiast bitwy i kłótni na ulicy lub sali obrad.

Organista zagrał i zaintonował pieśń "Jak łania pragnie wody ze strumieni...". Dziękuję, biorę ją (poznałem w Kodniu) jako podpowiedź na katechezę w tym tygodniu. Jest to przykład wychowania we wspólnocie i przez wspólnotę. To już trzeci taki przypadek, trzecia piosenka.
Jest to jednocześnie przykład, jak rozumieć soborowe "zbiorowe odprawianie mszy świętej niedzielnej". Może odprawiać sam ksiądz - ale to anty-sobór. Mogą odprawiać wszyscy - jako coś (czynność) świętego, ważnego, jako służbę całej Ludzkości we wspólnocie wierzących. Dzisiejszą odprawiali ci, którzy to rozumieją, którzy całego siebie wkładają (angażują) w każde słowo i gest. Łazarz, stypendysta papieski czytał, pięć osób czytało wezwania mp., dwoje uczniów niosło kielich, patenę, opłatek i ampułki z wodą i winem, czterech ministrantów służyło przy ołtarzu. Ksiądz proboszcz przewodniczył.

Im więcej uczestników wykonuje różne czynności (wymienione w przepisach liturgicznych) i im więcej pozostałych uczestników angażuje całą osobę w świętej służbie - tym większa radość i pełnia (np. religijnego doświadczenia). "Słusznie uważa się liturgię za wykonywanie kapłańskiego urzędu Chrystusa; w niej przez znaki widzialne wyraża się i w sposób właściwy poszczególnym znakom urzeczywistnia uświęcenie człowieka, a Mistyczne Ciało Jezusa Chrystusa, mianowicie Głowa i Jego członki, wykonują całkowity kult publiczny... Liturgia jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc"(Konstytucja o Liturgii Świętej,nr.7,10, Sobór Wat.II).

I co ja się tak żołądkuję tą liturgią? Przecież są biskupi, księża, kurie, struktury, uczelnie i redakcje katolickie...
Bo ja już tak mam. Jestem straszliwym realistą, wszystko - z tego co jest - przyjmuję dosłownie, na ile poznam i zrozumiem. Soborem zachwycam się tak długo, jak katechizuję.

Gdyby każdy ochrzczony wychowawca, który uważa się za chrześcijanina, od czasu do czasu zamienił parę zdań z wychowankami, też przeważnie ochrzczonymi w 100%, na temat swojego przeżywania (odprawiania) mszy świętej - świat wokół musiałby być lepszy! Byłem dzisiaj bardzo szczęśliwym mężem i ojcem. Z żoną i sześciorgiem dzieci w różnym wieku zgromadziliśmy się w kościele na zbiorowym odprawianiu mszy świętej. Za cały świat. Za gminę. Za szkołę RzN. Za naszą rodzinę. Za ich - młodych, przyszłość i za przyszłe losy świata, w którym będą żyli, kiedy nas już nie będzie.

Dzisiaj 16.X.2011 w modlitwie po komunii, przed końcowym błogosławieństwem usłyszeliśmy - "Boże, nasz Ojcze, niech owocny dla nas będzie udział w Eucharystii, która daje nam przedsmak nieba, niech nam wyjedna pomoc w życiu doczesnym i przysposobi nas do życia wiecznego. Przez Chrystusa, Pana naszego."
Jako realista-wierzący-racjonalista przyjmuję fakty. Nie dyskutuję z faktami. AMEN!

2 komentarze:

  1. Proszę, ten "dostojny Jakub" wprawia mnie w straszne zakłopotanie jak to rozumieć... Wolałbym "Kuba" lub nawet "Mizin". W sumie przyzwyczaiłem się do Mizina, więc - jako że zapomniałem chyba odpowiedzieć kiedyś na Pana pytanie w tej sprawie - skoro przyjęło się "Mizin", niech będzie "Mizin" :)

    Z tą mszą niedzielną to według mnie różnie bywa. Każdy przeżywa to na swój sposób (więc mogę twierdzić, że i ja doświadczam mszy inaczej niż reszta), także mogę się wypowiedzieć chyba tylko za siebie, nie mam zaufania do swoich obserwacji jeśli chodzi o ogół.
    Dla mnie msza jest takim bodźcem, stymulującym moją ciekawość świata duchowego, a także manifestacją (wobec samego siebie) tego, że naprawdę coś robię, by zbliżyć się do Boga, by szczerze i sercem uwierzyć. Jeśli mogę się tak wyrazić, daję sobie i Bogu szansę na zbliżenie. Myślę sobie: "Może tym razem coś zaiskrzy, może dowiem się czegoś nowego o Bogu, świecie, a może i sobie." Jednak nad mszą ciąży też pewna aura duchowego obowiązku wobec Boga, która także w pewien sposób motywuje.
    W niedzielę mogę też doświadczyć Tajemnicy, tzn. sakramentów. Szanuję to, że oto dzieje się coś, czego wciąż nie umiem pojąć, czego nie umiem dowieść ani zobaczyć, w co jednak mogę wierzyć, i (póki co) przez samą tę wiarę staje się to dla mnie w pewien sposób prawdziwe. Ale to "moja prawda", podczas gdy wciąż poszukuję jakiejś prawdy większej, być może Największej. Jednak możliwość tak namacalnego doświadczenia Boga (którego wciąż jednak nie czuję tak, jakbym tego pewnie chciał) jest nie do zignorowania. Szkoda tylko, że tylko ksiądz może pić Krew Chrystusa :/ To takie trochę nie po chrześcijańsku, jakby Biblia przegrała z trudnościami tego świata. A przecież na pewno można by to jakoś rozwiązać.
    Poza tym, ja akurat mam wiele dość prozaicznych, może nawet śmiesznych, powodów, by chodzić do kościoła. Lubię śpiewać, i nawet jeśli na początku mszy jestem dość sceptyczny wobec śpiewania (bo nie mam głębokiego przekonania, czy słowa tych pieśni oddają to, co naprawdę myślę), to jednak po jakimś czasie się "wkręcam" i nadaję równo z innymi. Może nie śpiewam wtedy swoim rozumem (bo treść...), lecz... no, potraktujmy to jako modlitwę serca.
    Lubię też świadomość bycia oczyszczonym przynajmniej z grzechów lekkich wskutek wykonania znaku krzyża wodą święconą przy wchodzeniu do kościoła oraz przez modlitwę "spowiadam się...", albo jak są małe dzieci na mszy i robią rzeczy, których dorosłym robić nie przystoi, najczęściej próbują się jakoś rozerwać, wygłupiają się, bo im się zwyczajnie nudzi, nie rozumieją (bo nie mogą rozumieć), co się wokół dzieje. Szkoda tylko, że rodzice ich wtedy karzą, upominają, a dziecko pochmurnieje i jest smutne. Ale nie wszystkie dzieci, bo np. z wózkiem do kościoła się chyba chodzić nie powinno, bo same z tego problemy są.

    OdpowiedzUsuń
  2. No ale, to tak z tych płytszych przemyśleń. Jeśli chodzi o rolę mszy w moim życiu, to wydaje mi się, że nie zajmuje ona jakiegoś ważnego w nim miejsca. W końcu modlić się można wszędzie, tak samo jak czytać Pismo Święte, a nawet komentarze do niego. Nie czuję realnej wspólnoty z ludźmi w kościele, raczej coś na kształt tymczasowej więzi, ponadrealnej jedności w Bogu, w robieniu tego samego w tym samym czasie. Msza jest specyficznym doświadczeniem, ale póki co w niczym nie wynosi mnie ponad zwykłe, ziemskie życie. Jest ceremonią o ustalonym znaczeniu, dużej pojemności interpretacyjnej i z wykładem pewnych treści z Biblii wraz z komentarzem. I choćby dlatego warto na nią chodzić.
    Jeśli zaś chodzi o system wartości, to wciąż jestem na etapie "wzbudzania" w sobie chęci chodzenia do kościoła, na chwilę obecną jest to raczej pewien wewnętrzny przymus niż wewnętrzna chęć. Ciężko też powiedzieć, czy msza może mieć wpływ na nasz system wartości - tzn. oczywiście, że może, ale to nie jest zasługa mszy jako takiej, tylko bardziej konkretnie: Pisma Świętego i zawartej w nim wykładni etyki chrześcijańskiej, którą podczas mszy powoli przyswajamy.
    A jednak, na mszy wątek systemu wartości jest (przynajmniej u mnie) często powtarzany. Najczęściej w ten sposób, że ksiądz mówi z wyrzutem: "Bo wszyscy jesteśmy grzeszni, i teraz to owszem, słuchamy Słowa Bożego, ale jak wyjdziecie z kościoła to żaden z was nie będzie nawet pamiętał kazania, wrócicie wszyscy do swojego grzesznego życia, ja wiem...", czego mam trochę dość. Człowiek się stara żyć "po Bożemu", a tu co tydzień słyszy, że się nie stara, to naprawdę może się nawet najbardziej ambitnemu odechcieć.
    Każdy wypracowuje sobie jakąś własną etykę. Na moją faktycznie ogromny wpływ miała Biblia, chociaż wiem, że wciąż nie wszystko wiem, rozumiem i stosuję. Na przykład za mało we mnie stanowczości, za to dużo pokory; mało szczerości, lecz dużo grzeczności. To jeszcze muszę przemyśleć, jak odnaleźć w tym równowagę.
    Ale tak ogólnie nie czuję (swoją drogą, ja chyba niewiele czuję...), żeby niedziela była dla mnie jakimś dniem wyjątkowym. Niedziela jest raczej ostatnim dniem weekendu, kiedy dodatkowo wypadałoby pójść do kościoła, przemyśleć to i owo. Jednak tak samo, jak wtorek niewiele różni się dla mnie od środy czy czwartku, tak nie ma wielkiej różnicy między sobotą i niedzielą. I, jeśli to coś zmienia, nie umiałbym traktować niedzieli jako pierwszego dnia tygodnia. Mój tydzień zaczyna się od pracy, a kończy odpoczynkiem = weekendem = niedzielą. Owszem, chodzenie do kościoła jest w jakimś sensie "ładowaniem akumulatorów" na nadchodzący tydzień, ale to jeszcze za mało, by uznać niedzielę za pierwszy dzień tygodnia.
    Mam nadzieję, że mój feedback okaże się pomocny :)

    OdpowiedzUsuń