piątek, 14 października 2011

Rozmowa z Kubą o prawdzie

Drogi Kubo, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że odpowiem w podobny sposób, bo też przekroczyłem ramy komentarza :)

"Jest prawda. Dla chrześcijanina powinien to być dogmat życia i postępowania codziennego."

Bardzo często używam zwrotu „jest prawda”. Stał mi się tarczą i oparciem. „Dajcie mi pkt. oparcia, a poruszę Ziemię.” Wiara - że jest prawda obiektywna, niezależna ode mnie, nie moja – jest, lub może być, wielką zdobyczą człowieka i Ludzkości. Nie oprę się o teorię poznania, bo studia skończyłem bardzo dawno temu, a i tak zawsze najbardziej mnie interesowała prawda możliwa do dotknięcia i zweryfikowania życiem. Moje studia filozoficzne wyrosły bardziej z fascynacji literaturą (najbardziej Tomaszem Mannem) i były dość pobieżne. Powiem o swojej drodze do obecnej wiary w prawdę.

Kiedy przywołuję to stwierdzenie, chodzi mi głównie o sprawy społeczne, osoby w jakieś społeczności. Silne przekonanie o możliwości jasnego wykładu prawdy regulującej sprawy osoby w społeczności, której ideałem jest wspólnota, wyniosłem z całkiem niedawnej lektury encykliki JPII „Centesimus annus”. Jest tam logiczny wywód, którego podstawą jest wolna osoba. Wszystkie urządzenia społeczne mają służyć jej rozwojowi, począwszy od rodziny, pierwszej wspólnoty (miłości), w której przychodzi na świat. Niestety, instytucja rodziny się sypie w świecie zachodnim, ale to inny problem (choć wydaje mi się, że związany z niewiarą w prawdę, bo kto nie wierzy w prawdę, znajdzie tysiąc powodów na usprawiedliwienie egoizmu, który leży u podstaw zdrad itd. i jest jakimś echem „diabelskiego” buntu „nie będę służył”).

Rozpisałem się o prawdzie społecznej, bo ona jest najbardziej dotykalna i chyba ma największy wpływ na ład naszego życia i możliwość realizacji siebie. Dobrze urządzony świat wokół nas (społeczny) sprzyja nam w sposób oczywisty. Miłość (przyjaźń)w domu i na większym „podwórku” szkolnym, sąsiedzkim, grupie rówieśniczej i w środowisku zawodowym załatwiałaby sprawę dobrego samopoczucia, a może i szczęścia w życiu większości ludzi.

Nie unieważnia to pytania o inne prawdy. Z teorii prawdy zapamiętałem klasyczną definicję „veritas est adequatio rei et intelectus”, ale nie wchodzę na podwórko zawodowych filozofów, choć „interpersonalna weryfikowalność” - jest dla mnie ważna. Nie chcę być jedynym, który coś poznał i nie może się porozumieć w tej kwestii z innymi. Wiara jak najbardziej spełnia ten warunek. Wystarczy porozmawiać, poczytać, poszperać w historii i dokumentach Kościoła.

Wracam do swojej wiary, że jest prawda. Skoro jest, co stwierdzam całym swoim 58 letnim życiem, może najbardziej w 58 roku życia, weryfikowalna prawda dla życia osoby – w dziedzinie sensu życia niczego nie trzeba mi dodawać! - to jest ona do osiągnięcia dla innych i nie powinno nic stać na przeszkodzie, aby była także we wszystkich innych dziedzinach (kategoriach) bytów. Wierzę więc w istnienie prawdy, bo skoro jest Wszechświat (wszelki byt) to jest też jego prawda (w jakimś systemie wiedzy), możliwa do odkrywania w nieskończonym procesie poznawczym, uwarunkowanym np. możliwościami technologicznymi. Każde nowe odkrycie mnie cieszy i wzbogaca, ale nie cierpię z powodu nieodkrycia jak dotąd cząstki Higgsa, albo teorii wszystkiego. Mogę bez nich umrzeć. Ważne, że poznałem jedynego i prawdziwego Boga.

Z chrześcijaninem rzecz się ma trochę inaczej. Chrześcijanin, skoro przyjmuje wiarę w Boga to i w prawdę, która jest w Nim, albo dostępna dzięki Niemu, a i na cały świat można spojrzeć wtedy jak na wcielenie „Bożych praw natury” i prawa zawartego w Objawieniu.
Wyobrażam sobie sytuację, że coraz więcej ludzi ma spłaszczone czoła (jak w dowcipie o krasnoludkach pod Niagarą). Takie powinni mieć chrześcijanie, którzy co i rusz powinni się mocno uderzać w czoła mówiąc „ach, przecież jest prawda”. Gdybyśmy wierzyli, że jest prawda, to byśmy szukali dialogu z innymi, którzy mogliby nam pomóc ją wyklarować. Gdyby tak było, nie wpadalibyśmy w nieustanne irytacje, frustracje i spory, bo wiara w prawdę rodzi dystans do własnych przeświadczeń. Jest wtedy też miejsce dla autorytetów. Wiara w prawdę, rodzi bardzo praktyczne konsekwencje i bardziej niż muzyka może łagodzić obyczaje :)

PRAWDĘ MÓWIĄC, NIE MOGĘ SOBIE WYOBRAZIĆ, ŻE SĄ LUDZIE, KTÓRZY W PRAWDĘ NIE WIERZĄ. Jaka by nie była, i bez względu jak i kiedy można ją poznać. Moja prawda – prawda mojego życia – przyszła do mnie z książek, z myślenia, studiowania, ze spotkania autorytetu (Andrzej Madej, świadek prawdy nieskalanej, żyjący w opinii świętości), z wiary (jak ziarno gorczycy), z modlitwy. Moja prawda daje mi poczucie sensu i zgody na wielkie sprawy, które dzieją się w życiu (z małymi – często - ale tylko czasowo przegrywam i się złoszczę).

Reasumując, dzisiaj najbardziej dotykam prawdy we własnym życiu. Bo mogę ją weryfikować, każdy fałsz odbija się jakimś kacem, sygnalizuje sumienie, wcześniej lub później mogą pokazać się jakieś konsekwencje... To jest chyba przywilej wieku dojrzałego, mamy wtedy dużo materiału porównawczego. W młodości skazani jesteśmy tylko na poznawanie różnych teorii i wiarę tym, lub innym poznawanym prawdom cząstkowym.
Mogę zmodyfikować znane twierdzenia na „veritas est adequatio vitae et intelectus”.
Na świat patrzę bez uprzedzeń, po prostu, że jest i że można go poznawać zarówno (tylko) powierzchownie, jak i odkrywać (poznawać) prawdę o nim, o rzeczach i o zjawiskach w nim zachodzącym. Z ludźmi tak samo.
Poznając, staram się korzystać z naocznych świadków i sprawdzonych źródeł.
Niektórzy nie chcą być poznani i się nieźle maskują.

W kwestii "gradacji prawdziwości", to nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Czy nie chodzi raczej o sposób istnienia, realności? Coś potrzebuje czegoś innego, żeby zaistnieć, albo się uobecnić w sposób dostępny obserwacji. Zjawiska psychiczne zachodzą na bazie procesów materialnego (biologicznego) mózgu – to są pasjonujące badania i skandal XXI wieku, że ciągle słabo zbadane. Nie mam tu kompetencji, unikam jednak jak ognia pokusy redukcjonizmu (nie sprowadzać wyższego do niższego). Ważniejsza wydaje mi się gradacja wagi prawd. Mogę czekać ze względnym spokojem na śmierć bez znajomości cząstki Higgsa i teorii wszystkiego. Bez poznania jedynego i prawdziwego Boga przeżywałbym pewnie nadal (znam go z dzieciństwa) lęk śmierci. Warto poznać prawdę, za którą warto życie dać. "Nikt nie ma większej miłości, niż gdy ktoś jest gotowy oddać życie za brata swego". Największa prawda = takiej miłości, czyż nie?

PS.1
Jak cudownie jest rozmawiać z drugą osobą o takich sprawach! Staje się to (stajesz się) drogą mojej prawdy, która mnie zbliża do Wieczności. Połączeni poszukiwaniem prawdy, jednej, jedynej - jesteśmy częścią Drużyny Pierścienia :)

PS.2
Po dzisiejszym dniu w szkole nie mogę nie pytać - skoro wszyscy ważni w gminie byli na uroczystości i przeżywaliśmy ją zgodnie i przyjaźnie we wspólnocie wartości, dziękczynienia, zrozumienia wagi naszej pracy, osiągnięć nauczycieli i dyrektorki - to skąd się biorą wichrzyciele i dlaczego tak łatwo im nami wstrząsnąć? Dlaczego ci, którzy chcą niszczyć to "święte" dzieło wpisane w długie dzieje edukacji narodowej mają rangę "świętych krów" w naszej małej wspólnocie lokalnej???


1 komentarz:

  1. "Prayer in the sense of petition, asking for things, is a small part of it; confession and penitence are its threshold, adoration its sanctu­ary, the presence and vision and enjoyment of God its bread and wine." CS Lewis

    http://www.worldwithoutend.info/bbc/books/articles/cslewis.htm

    OdpowiedzUsuń