czwartek, 10 stycznia 2013

Wiem w "kogo co" dlaczego i jak wierzę


Życie jest podstawowym konkretem każdej osoby. To fundament naszego (ludzkiego) realizmu. Żyjąc - doświadczam, poznaję, wiem i wierzę, wierzę i wiem. Żyję całym sobą, a nie połową siebie. Nie - siebie pół. Cały ja - wszystko, czego doświadczam, wszystko - co wiem, wszystko - w co wierzę (słyszę, widzę, czuję... kocham, ufam, mam nadzieję, boję się, nie lubię, unikam...). Wszystko. Nie - życia pół, wiedzy pół, wiary pół, miłości pół, odpowiedzialności pół, ufności i nieufności itd. Siebie pół? Boga pół? Realizmu pół?

To jest mój świat, moje życie, moje teraz i tutaj, w Annopolu, tydzień po śmierci Mamy Babci Teściowej Emerytki Polki Katoliczki Heli, 10 stycznia 2013, godz. 6.20.

Ja wiem, w Kogo ja wierzę - jest oczywiście początkowym wersem pieśni, którą nam zafundował organista na mszy pogrzebowej w legionowskim kościele Świętego Józefa Oblubieńca. Jak widzicie, zapisuję raczej precyzyjnie. Będąc precyzyjnym, na ile możliwe, w doświadczaniu własnego życia i nie gubiąc niczego, z tego co nam dawane, mam właściwie wszystko, co jest potrzebne by przeżyć SENS, tego wszystkiego, czyli własne życie. Patrz, słuchaj, czuj węchem, smakiem, dotykiem i wiedzą, którą zdobędziesz od innych (źródeł zewnętrznych) i z siebie (źródło wewnętrzne). Zarejestruj, zachowaj i rozważ(aj) w sercu swoim. Tak robiła Maryja z Nazaretu, Matka Jezusa, tak opowiedzieć musiała ewangelistom (redaktorom) o życiu Swojego Syna. Święty Łukasz działał według tej samej metody (a jest inny realizm?) - "ułożył opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowił więc zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać po kolei”. Spisał dla przyjaciela, pośrednio i dla nas.

Hypothesis ani życia swojego nie wymyśliłem, non fingo. Przeżyłem, opisuję, klękam wobec Tego, co realnie było. Dlaczego z wielkiej litery? Bo jest wielkie, układa się, ułożyło w Wielki Sens. Nie w przedmiot, nie w jakąś jeszcze jedną rzecz, ale w Życie żywe, pełne, doskonałe, na miarę mojego rozumienia i przekazanych wzorców. Życie Prawda Droga (Vitae Via Veritas) – żywa prawda i droga, która mnie (ciebie, nas) prowadzi. Kto-co to może być? Nie mamy innego słowa, nazwy, nie mamy innego imienia – Bóg. Jezus i Jego Bóg. Tak, jak się (TO) objawiło w Jego narodzie, w Jego narodzinach, życiu, w Nim samym i całym, w Jego śmierci i Zmartwychwstaniu, jak to przekazali świadkowie. Oni byli takimi samymi ludźmi jak ja, jak my. Ja jestem takim samym człowiekiem, jak oni. Oni doświadczyli i opisali swoje doświadczenia, ja swoje. A, że w obydwu przypadkach napotkaliśmy te same mechanizmy, prawa, tajemnicę? REALIŚCI TAK MAJĄ :-)

Organista okazał się wielkim pośrednikiem treści niezwykle istotnej w tamtym momencie dla wielu osób w kościele. Był melodią naszych przeżyć. Nie tylko nam podsunął, ale z nami ją wyśpiewał.

Ja wiem, w kogo ja wierzę, stałością duszy mej.
Mój Pan w tym Sakramencie, pełen potęgi swej.
To Ten, co zstąpił z nieba z miłości ku nam tu
I wziął mieszkanie Swoje, w tym Tabernakulum

Ja wiem, w Kim mam nadzieję, stałości mojej moc.
To Ten, przed Którym światło pali się w dzień i noc.
Tyś szczęściem w moim życiu, Tyś światłem w śmierci dniu.
Wzbogacasz mnie bez końca, w Tym Tabernakulum.

Bardzo ważną myślą, światłem porannym, o fundamentalnym znaczeniu jest determinacja, by doprowadzić do pierwszego „Spotkania Wiary i Rozumu”, które ma wszelkie cechy daru z dwóch stron. Ja dostałem światełko w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, napisałem (zapisałem) statut. Pozostawiłem go w ukryciu, zapowiedziałem, ale jego upublicznienie uzależniłem od akcji innych osób (i sił). Sprawa wyszła, co prawda, na światło dzienne w rozmowie z Katy 27 grudnia, ale dalej, tak, jakby pozostała w ukryciu (wyjechała z Katy do Szkocji). Dopiero teraz, po śmierci Mamy Babci i Teściowej Heli, sprawa dopomina się ujawnienia, od razu w formie akcji urzeczywistniającej ideę. Bo:

- doświadczenie Tej śmierci wywiera wielką życiową i teologiczną presję na mnie i nie tylko. Od początku. Z TYM się nie da żyć normalnie, to znaczy rutyną dni powszednich. Wszystko krzyczy o (od)święt(n)ość. Odświętność wywodzi się ze świętości. Jest nam dany gen świętości. Chyba nie tylko temu i owemu, Kapaonom i innym familiom, ale powszechnie, tak jak jesteśmy powszechnie powołani do świętości. Jeśli jest powołanie, to musi być też możliwość jego realizacji.

- odświętność w Tej śmierci najpierw znalazła formę „chwały i wdzięczności” od razu po telefonie z wiadomością o zgonie. Potem przeszło fazę pisania „teologii (po)śmierci”, by w dniu pogrzebu – przed wyjazdem - sięgnąć przeżycia treści „tajemnicy zmartwychwstania i życia wiecznego”, a na samym pogrzebie (od mszy, przez posługę na cmentarzu, po obiad w restauracji „Carskiej” stać się przeżywaniem (doświadczaniem i rozumieniem, przeżywaniem rozumiejącym?) „wniebowzięcia”. Tak więc, co też zostało przeze mnie doświadczone i zapisane – siła i wymowa danych mi (nam) przeżyć była, tak wielka i takiej natury, że nie wystarczała i nie wystarcza mi (nam) „rozmowa o”, a nawet pisanie teologii, ale dotknięcie Boga Samego. Tak, potrzebujemy RZECZYWISTOŚCI NIEBIESKIEJ (NIEBIAŃSKIEJ/BOŻEJ). W tej konstelacji doświadczeń, przeżyć, myśli... zobaczyłem ścisły związek tych dwóch spraw: potrzeby i uprzednio przygotowanej (danej) formy – SPOTKANIA WIARY i ROZUMU.

Pominąć jeszcze muszę (na razie) prościutki statut, owoc drugiego dnia świąt BN 2012, ale za to spróbuję odtworzyć myślenie dotyczące współpracy parlamentarzystów z samorządami gminnymi, które wczoraj skasowała mi gmina Pieniężno (taktyka jak naszego bratniego stowarzyszenia :-)

Także i dzisiaj trudno mi się ogarnąć i świat. Nie to, że smutek po śmierci Mamy, choć oczywiście, jest to dla mnie fakt Nr.1 roku 2013. Świat, jakby mi się uprościł do dwóch wymiarów: świętości i podłości (jak prawda i fałsz). Gen świętości mnie rozkleja. Zbieram się i raz z natchnienia, raz na siłę coś piszę. Rozum chwyta to lub tamto, na wyrywki, jak nitki z tkaniny. Nie Jej życie, nie – swoje życie, nasze. Raczej los, który zrealizował się w konkretnym życiu osób. W wszechogarniającym świetle wiary w Jezusa z Nazaretu. Najpierw w domu na Świdrówce, kościele w Szczucinie, potem w domu w Legionowie na ulicy Kościuszki 26.m5 i kościele Ducha Świętego w parafii Św. Jana Kantego, „na Górce”, po przeprowadzce w 1970 roku – w bloku na ul. Warszawskiej 34.m18 i kościele Świętego Józefa Oblubieńca, oraz w domu i Ogrodzie w Annopolu, u Matki Boskiej Annopolskiej i, najpierw kaplicy później w kościele „na Trawach” i w Strachówce. Tyle tego było. Czy to już wszystko? Prawie, bo trzeba zrozumieć wielką rolę Rodziny Rodzin, z regularnymi spotkaniami, konferencjami, rekolekcjami, pielgrzymkami na Jasną Górę i spotkaniami około-świątecznymi, czasem, aż u Prymasa Tysiąclecia, nawet okolicznościowym spotkaniem zorganizowanym z okazji 33 rocznicy ślubu Rodziców. Był też dłuższy epizod pracy zawodowej, jako szwaczki w legionowskiej „Odzieżówce”. Reasumując – narodziny, wychowanie i życie w wierzącej rodzinie, potem małżeństwo i życie w rodzinie wierzącej. Czyli życie Bogiem całe życie. To jest Jej całe życie. Nasze życie? Chyba też.

Rozum chwyta tu, tam, ale jakby nie chwytał - Bóg jest w osnowie. Chyba każda śmierć tak działa, stawia nas wobec takich rozmyślań i tajemnicy. Był człowiek, miał swój trud, swój życiorys, była osoba duchowa w jakimś konkretnym ciele, ze swoją niepowtarzalną twarzą, obliczem, z jednostkową wolną wolą, z pragnieniami, ich wyrazem i realizacją... ze swoją podmiotową wiarą i rozumem. I nagle nie ma Jej w tej postaci. Ale nie zniknęła całkowicie. Więc dociekamy jej dalszego ciągu rozmyślaniem, zadumą, modlitwą. Ale to także już robiliśmy za życia (biologicznego tej osoby)!

W przypadku Mamy najbardziej namacalne tego dowody to wiersz „Matka”, kartka z Lisieux i nawiedzenie jej parafialnego kościoła w Szczucinie, gdzie była ochrzczona i gdzie przyjęła I Komunię (pewnie i bierzmowanie, umknęło w opowieści) – by pokłonić się i ucałować chrzcielnicę, początek i źródło tego, co najważniejszego w Niej było i nam przekazała. Oraz pielgrzymka pod Tarnów, na Górkę, na mszę papieską, na której beatyfikował Karolinę Kózkównę – ze jasną motywacją i świadomością „by lepiej poznać tajemnicę swojej Matki”. Co ciekawe, to ja tak odczytałem beatyfikację Karoliny, Mama wiele o niej nie opowiadała i nawet nie wiem, na ile znała jej historię. To ja je geograficznie powiązałem. Mama była akurat wtedy w Ameryce. Ale skoro Papież jedzie hołd oddać i beatyfikować całemu kościołowi dziewczynę ze wsi podtarnowskiej, to ja muszę tam być, by odpoznać Mamę. Tak to wtedy odczytałem. Tak czytam życie. Jej i w ogóle.

Precyzja opisu! Najpierw ją może poznałem u Tomasza Manna, czyli nie w znaczeniu dokumentalisty lub naukowca, ale artystycznej doskonałości przekazu. Precyzję zapisu znalazłem – i to ludzkiej świadomości(!) - u Romana Ingardena. Sam, staram się być posłuszny głosowi wewnętrznemu,który mówi - „przecież ja ci to wszystko daję. Bierz i zanotuj”. W dokładnym opisie rzeczywistości ludzkiego życia, losu, bytowania - można zobaczyć twarz Boga. Inaczej tego, co widzę i rozumiem nazwać nie umiem. Takie doświadczanie życia, sytuacji, takie rozważania zawsze prowadzą do, kończą się... współbytowaniem, kon-templum, jeszcze większym uosob(ow)ieniem, nie urzeczowieniem, ani uprzedmiotowieniem. Sorry, kochani materialiści, nie wiem, jak Wy to nazywacie, ale u mnie to zawsze kończy się Bogiem Osobowym :-)

Tak bardzo chce się dzielić te przeżycia, wiarę i rozum i sposób życia z braćmi i siostrami tego samego Ducha! (więzy krwi nie są znów takie ważne, co wyraźnie mnie/nas różni z mentalnością wiejską, szczególnie post-komunistyczną) Żyć w (takim głównie) świecie, prowadzić rozmowy, oglądać filmy i programy, czytać książki, strony www i artykuły, tylko takie, które szukają i dotykają TAJEMNICY ŻYCIA. Księgi, osoby, strony i rejony (mogą być gminy, wsie, szkoły, parafie, kontynenty) Mądrościowe. Ależ mam wymagania, marzenia - raczej tylko dla ściętej - głowy ;-)

Wracam do kościoła Świętego Józefa Oblubieńca, na pogrzeb i wniebowzięcie. Skończyłem na chórze i organiście. Na mszy wiedziałem tylko, że ładnie gra, śpiewa i dobry dobrał repertuar, raczej pogrzebowo nietypowy, dopasowany do Heleny i Jej dzieci. Nie dał się nawet zaskoczyć improwizacją jednego żałobnika, który wdarł się w ciszę po pieśni komunijnej z „Niech będzie chwała i cześć i dziękczynienie”. Organista, ten organista, natychmiast podchwycił i podegrał, jakby dając mi do zrozumienia -„akceptuję twoje wyskoki, a nawet wspomagam z pełnym zrozumieniem” (rzadko mam takie doświadczenia, chyba mogę się ich spodziewać tylko od Andrzeja i Sławka). Jestem wszak światem osobnym.

W bramie cmentarza (dojechaliśmy w różnych pojazdach) podbiegł do mnie młody człowiek z grupy liturgicznej (księża i kościelny z krzyżem) -”poznajesz mnie, jestem Hubert, gram teraz u świętego Józefa”. Jak miałem nie poznać. Hubert był jeden. Padliśmy sobie w ramiona. Jego głos na zawsze mi się skojarzył z pieśnią, która młodzieżowa schola w parafii Świętego Jana Kantego rozpoczynała często msze -”Za chwilę przyjdzie Pan, w postaci chleba”. Kościół, duży, pojemny w ogromnej parafii (ok 20 tys.) padał prawie i dosłownie na kolana. A może połączyłem dwa teksty, dwie piosenki w jedno przeżycie? Bo w innej było wprost wezwanie „klęknijcie wszyscy, którzy tu wchodzicie i razem chwalmy Go”.

Za chwilę przyjdzie Pan w postaci chleba,
Od tylu, tylu lat wciąż staje obok nas
I swą przyjazną dłoń wyciąga w naszą stronę,
Pomaga złożyć siebie nam z najprostszych prawd.

W tylu kościołach naraz śpiew rozbrzmiewa,
Błogosławiony jest nasz Pan, Wszechświata Bóg.
On nasz codzienny chleb na Ciało swe zamienia.
Czy dosyć wiary masz, byś to zrozumieć mógł?

Wzruszam się i dzisiaj. Trzydzieści lat wyśpiewane na jednej nucie! Spróbujcie wytrzymać tak skondensowane istnienie, albo jedną egzystencję człowieka na ziemi. Każdy, kto zna te „utwory”, wie, że to niemożliwe :-)

Ale w bramie podskoczyłem wniebowzięty. Ile to lat? A on pamięta! Wziął specjalnie dzień wolny w innym miejscu pracy, zamienił się. Ja chciałem zamienić się z nim wiarą w zmartwychwstanie, w wniebowzięcie i świętych obcowanie. Tyle lat! Początek stanu wojennego. Nic – wobec tego (Ducha) - nie znaczycie bitne wojska i generały. Mamy życie wieczne. Jest w nas. Stanął pośród nas 30 lat temu! Jest Nieśmiertelny. Ale, że właśnie w takiej chwili, takim dniu. W bramie cmentarza. Czy ktoś to rozumie!? Co czułem, co czuję, przeżyłem, przeżyliśmy?! Co się wydarzyło 30 lat temu w parafii „na Górce” w grupie kilkudziesięciu? kilkuset? osób! Ja sobie to zakonotowałem w głowie, jako „Pan Bóg pozwolił mi zajrzeć za kurtynę, jak (się) robi Kościół”! Jak Bóg rodzi nas. Jak Bóg rodzi Kościół – wszędzie, na całym świecie. To jest nieśmiertelne doświadczenie, doświadczenie wieczności. Z tą wiedzą cofnijcie film z pogrzebu do tyłu i jeszcze raz, wraz ze mną, wysłuchajcie celebry-posługi na cmentarzu.

Trzydzieści lat temu, nim zostałem katechetą, w tym samym miejscu, pod tymi samymi dębami, śpiewaliśmy kanony z Taize nad grobem Ojca (2.4.1982) - dęby są cieńsze o 30 słojów - bo już wtedy założyłem grupę kolędników zbuntowanych na stan wojenny i zniewolenie umysłów i ducha. Zaczęliśmy od śpiewania kolęd. Pierwsze śpiewania było w domu, w parę osób, koleżanek siostry. Potem zaczęły się regularne spotkania modlitewne, pierwszy opłatek w sali katechetycznej, na którym byli Rodzice, Grażyna też tam się – o dziwo – znalazła, zdążył być Ojciec, widział zalążek wspólnoty, umarł za dwa miesiące.

Tyle pomogłeś zrodzić generale niesławny, haniebny. Dopiero od września (1982) zostałem regularnym katechetą. Niesfornym, do dzisiaj.

Co czułem, co czuję?! Pewnie inaczej bym przeżywał – prawo psychologi, kontrastowania - gdybym nie przybył tego dnia z epoki lodowcowej (w stosunku do nas) mojej obecnej gminy Strachówka, gdzie mniej i więcej za to samo jestem nazywany „siewcą nienawiści”, gdzie było to wtłaczane z 5.000 razy w głowę każdemu mieszkańcowi, od kołyski po rolniczą emeryturę, a Grażynę dyrektorkę Zespołu Szkól im. Rzeczpospolitej Norwidowskiej nauczycielka nowo-modna liderka chce wywieźć na taczce gnoju. Tu, w epoce post-komunistycznej mentalności, wszystko przewrócone jest z nóg na głowę. Tutaj obecni liderzy budują swoją pozycję na negacji prawdy i unikaniu (światła) dyskusji. Noc, ciemność, propaganda fałszywych postaw, fałszywej historii i WOS-u.

..................

Komentarze, które czasem wpisuję na blogu biblijnym księdza Chlebowskiego, często rzucają światło na to, co pisze tutaj, w „Osobnym świecie”. Jedno jest życie (moje także) i jedno myślenie, zapisywane w różnych miejscach:
- wczoraj: „Każda lektura może (i powinna) ukonkretniać treść. Bo na historię, która się wydarzyła, która została opowiedziana przez naocznych świadków, która została zapisana przez redaktora, nakłada się historia nasza, która także nie jest momentalna, ale właściwie wieczna, na ile sięgnąć do korzeni osobistych i rodzinnych genów, lektur, spotkań, poznań, ciszy, kontemplacji... et cætera w poznanych i niepoznanych językach.
Czytam i patrzę na ten fragment (Jezus chodzi po jeziorze) jak na scenariusz filmowy i to nie tylko etiudy na zaliczenie przez studentów, ale na fabułę dla mistrzów wielkiego ruchomego obrazu, myślenia, narracji etc. Ksiądz poeta i nurek dożyje, ja pewnie już nie :-)

- dzisiaj: „"Jezus w mocy Ducha"... tu i tam, tu, czy tam, geograficznie i czasowo, ileż musiało być takich miejsc i chwil, co za różnica? Były, są, będą. Byli świadkowie, przekazali, ale i bez spisanych relacji nie mogą budzić zdziwienia. Przecież tak to jest, jeśli chodzi o stan "być w mocy Ducha". Czyż i my nie doświadczamy? Chyba takie stany są dawane każdemu homo sapiens! Jezus potwierdza (jest w Nim potwierdzenie, możemy znaleźć potwierdzenie) ludzką naturę i Boże powołanie każdego z nas. W Jezusie jest oczywiście więcej światła, najwięcej, jest samym światłem. Wiara i rozum będą trwać, dopóki będzie żył człowiek (z gatunku homo sapiens) na ziemi.”

Wczoraj smutna rzecz wydarzyła się na stronie gminy Pieniężno. Umoczyłem w niej także i cząstkę swojej nadziei, że ktoś, gdzieś chce naprawdę rozmowy, a nie pozorów. Pozoranctwo rządzi Polską, od partii politycznych, przez media, do samorządów. Niektórzy idą jeszcze dalej i mówią, że także na sporej połaci polskiego kościoła. Ostatnio ktoś, kto przymiera w biedzie mówił, że osobiście zna księży z wielkimi kontami. Trudno wykluczyć takie sytuacje. Ale do rzeczy:
- gmina Pieniężno najpierw się chwali (patrz filmik), że „chce współpracy z parlamentarzystami”, a kiedy ludzie zaczynają się aktywizować i wpisują komentarze, oni „barany” ucinają dyskusję, blokując wpisywanie kolejnych i kasując dotychczasowe. Powtórzę gromkim głosem „barany”. Wczoraj tok mojego rozumowania był, mniej więcej, taki (jaki dokładnie będzie wiadomo, kiedy zdecydują się „odtajnienie” ukradzionych komentarzy :-)

"Nie wierzę w szczerość Waszych deklaracji, bo – osobiście - nie znam samorządów, które chciałyby naprawdę szczerego dialogu społecznego, a tylko taki ma sens. Współpraca gminy (czyli kogo? Wójta, Przewodniczącej(go) Rady, radnych...?) z parlamentarzystami nakazuje najpierw definiować podstawy tzw. samorządności i parlamentaryzmu, czyli wspólnoty lokalnej i narodowej. Państwa i gminy i ich współzależności. Pojęcia obywatelskości, demokracji itd. A tego żadna władza nie chce. Władza chce rządzić, realizować swoje programy wyborcze w funkcji kampanii do kolejnych wyborów. Najlepszy przykład mamy na własnym terenie. Młody i sympatyczny Wójt Piotr, który wygrał pod sztandarem stowarzyszenia Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej, doprowadza do jej zaniku na „swoim” terenie, bo mu niewygodnie polityczno-wyborczo z dotychczasowymi filarami tejże organizacji od czasu jej powstania. A myśmy go uważali za przyjaznego i familiarnego człowieka – przed wyborami. Trudno więc przypuszczać, na podanym przykładzie, że władza zechciałaby serio potraktować współpracę z parlamentarzystami, żeby znów mieć nas na głowie. Albo władza i własne kariery, albo parlamentaryzm, partycypacja, wspólnota itd.”

Z propagandowego filmu zamieszczonego przez gminę Pieniężno przynajmniej nauczyłem się nowego powiedzenia z ust burmistrza „z ładnego naczynia nie każdy się naje”. Dziękuję, choć za wzbogacenie mojej polszczyzny. Warto by to dać na tytuł opublikowanego materiału, zamiast „gmina chce współpracy z parlamentarzystami”. Hipokryzja – co zostało udowodnione dalszym działaniem. Śmichu (smutnego) kupa.

PS.1
W drugiej osobie (kochanej, najbardziej) dotykamy istnienia OSOBY (istnienia osobowego), bo we własnej nie można, zawsze będziemy – nawet siebie – podejrzewać o subiektywizm (relatywizm też). Czy nie po to dostajemy życie? Żeby dotknąć Istnienia. Tylko w drugiej osobie. Twarz, oblicze, imię, istota – teologia objawienia mówi, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga samego. Ni mniej, ni więcej.

PS.2
Mogę wyglądać jak najgorzej i krócej żyć, byle dotknąć prawdy i sensu. Pod jednym wszakże warunkiem, że zachowam odrobinę miłości, bo bez niej, z mądrością największą, gdybym znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił - byłbym niczym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz