poniedziałek, 31 stycznia 2011

Trudny początek pięknego dnia

Co było trudne, co piękne?

Rzadko się budzę w tak szarym samopoczuciu. Sny były przykre, ciężkie przewinieniem, wyrzutem sumienia. I poranna (stąd?) ponurość myśli. Jakby chciały poddać mnie próbie przed katechezą. Bo wieczorne, przedsenne były piękne. Wzniosłe? Też katechetyczne. Katecheza stała się osią mojego życia. Nawet nieświadomie wiele się wokół niej kręci. W wieczór przed szkołą rośnie napięcie. Jak u Hitchcocka. Nie, żeby lęk. Nie, odpowiedzialność. Poczucie misji. Stąd często natchnienia, co nie idą ze mnie. Wczoraj na przykład, że Mojżesz też pewnie bał się przed wyjściem w góry. Ale nie mógł inaczej, musiał. Tak pcha, ciągnie coś nas - poczucie odpowiedzialności, nienazwane zobowiązanie. Woła nas głos. Wachet auf, ruft uns die Stimme! Steht auf, die Lampen nehmt! Alleluja! Kochałem tę kantatę w podziemiach kościoła świętego Jana Kantego, na górce w Legionowie. Czuwałem tam sam, kościelny pustelnik, przez 1.5 roku. Czasem na czuwaniu przychodziło wzruszenie. Kiedyś wszedł przez okno pijany złodziej i się skończyło. Też przez okno wyszedłem, przez szybę dokładnie, z przeciętą żyłą i innymi naczyniami. Szramy pozostały na całe życie.

Z tamtego czasu mam też krzyż, krucyfiks ołtarzowy. Zaś z magazynu rzeczy używanych - zdegradowany paschał.
Przypomniałem sobie com wczoraj napisał, chodziłem po korytarzu z zapaloną świecą, tłumacząc, że szukam człowieka, którego królestwo nie jest z tego świata. Niektórzy przypominali sobie, że mieli to na lekcji polskiego. Jakiś filozof podobnie pytał wiele wieków i lat.
Bogu dziękuję, że nie pozwolił mi się zdegradować, przez ponad 50 lat, dzisiaj trochę świecę. Co to jest 58 lat? Nic, w obliczu wieczności. A ponieważ każdy wierzący wiecznością jest szczepiony, wewnątrz też nie czuję lat. W środku siedzi ten sam Józio/Józef, którego znam już ho, ho, od zarania dziejów. Lata dobrze widać na mnie. I domyślać się ich można po wielu niesprawnościach. Życie duchowo-poznawczo-intelektualne wre.

Długo szukałem notatek z dnia. Myślałem, że są na kartkach, rysunkach z lekcji, a znalazłem na okładce prospektu "Die Sonne Frankenberg". Widać, był rano pod ręką, ale kto by pamiętał. Notowałem marszrutę od złego nas-troju do dobrego dnia. Trochę modlitwy, trochę prostych myśli. Że przecież do kogoś się uśmiechnę, do kogoś zagadam. Coś dobrego pożyczę? Powiem? Coś dobrego zrobię?
Duch dobrego i złego szepcze z każdej strony. Od ciebie zależy...

Przy samochodzie, otwierając bagażnik, by upchnąć zeszyty i torby, myśl naszła "przecież coś dobrego im wiozę". Zeszyty? Siebie? Wiarę, nadzieję i...? Coś dobrego im wiozę. Będę się starał.

W czwartej klasie zacząłem ze świecą, modlitwą, przypomnieniem. Miałem gadżety, czasu się nie bałem. Chciałem słowem osaczyć, jak mnie osaczono, świętym Janem Bosko i ... Czy w tych gadżetach też Boga odnajdą?
Kalendarz przyniosłem "Cinque Pani d'Orzo". Znaki im zadałem, które wydawca umieścił na obu okładkach. Ładne malarsto, widoczek z kościołem, i pięć chlebów pod krzyżem leżących.
Tośmy ustalili, że musi być to kalendarz bardzo chrześcijański. Nie to, że malarstwo i widoczki. O nie. Krzyżem! nikt nie przyciąga kupujących. Krzyż jest wyznaniem wiary i motywów życia.
W kalendarzu są urywki z czytań na każdy dzień z krótkim komentarzem/modlitwą. Na stronie wspólnoty jest i po polsku (tam, gdzie polska flaga do góry nogami).
Jasiek, czy pamiętasz, że się spowiadałeś pierwszy raz w "Domus Panis Vitae". I tu chleb, i tam.

W piątej modlimy się o zdrowie. Wiele osób choruje.

W szóstej da się wytrzymać, da się pracować. Wszyscy przekazujemy sobie radosna nowinę, dzisiaj jest ich tylko 19! Wiadomo, choroby grasują.
"O czym mysleć w modlitwie" - zmieniłem temat. Tak wyszło. Robię dwie kolumny. W pierwszej ich propozycje: o Bogu, o Ziemi, o życiu, o Królestwie Bożym. w drugiej propozycje Jezusa, na takież pytanie uczniów sprzed lat dwa tysiące: jak imię Boże święcić, czego Bóg chce od (dla) nas, o chleb na każdy dzień i potrzebne inne rzeczy/sprawy, o przebaczenie i nauczenie przebaczania, win, grzechów, zaniechań, o siły i mądrość do zwyciężania pokus i głupoty, o wybawienie od wszelkiego złego z małej i dużej litery. Bóg jest żywy. Bardziej niż my. Nawet w naszych myślach.

W pierwszej klasie wymyśliłem historię do rysunku. "Pan sam wymyśla te historie" - bystro zapytała, jedna rezolutna bardzo. "Tak" - i można z nim zrobic mały teatr w domu. Sztuka w dwóch aktach. O leśnej polanie, uśmiechniętych ludziach, lękliwych przechodniach i ciekawej wiewiórce, która powtarzała - "Muszę rozgryźć tę tajemnicę". Resztę dopowiedzcie sobie sami. Dałem także małą plamę, bo mnie wywołali z klasy, redaktor Wojciech przyjechał z nowym numerem Łącznika. Ojciec Teodor mnie zastąpił z własnej i nieprzymuszonej woli, klasę dopilnował. Z wdzięczności pomodliliśmy się razem.

Trzecia klasa ma dużo pytań. Chętnie odpowiadam. Dzisiaj, o śmierci i duszach. Bo święci dla nieba rodzą się w dniu śmierci. A dzisiaj kościół wspomina Jana Bosko.

Na warsztaty z pracy z rodzicami nie zostałem. W domu napaliłem, było 13 stopni. Miałbym pytania do prowadzących. O - z życia szkoły - przykłady grup rodziców, co od czasu do czasu się organizują przeciwko nam. Jedna grupa się kończy, druga się zaczyna. To jest wstrętne. Czy ktoś mógłby coś na to zaradzić?

Najlepsze trzymam na koniec. W szkole odebrałem maila od Kevina. Na niego czekałem.

Dlaczego piękny dzień? Bo zwykły. Bez upiększeń, z szarości się wyłonił. Był zwykły moją słabością i zwycięstwem Boga-Ducha Świętego. Amen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz