środa, 29 lutego 2012

Łapacz chwil promiennych

Kiedy ja-ojciec trwam przed komputerem w modlitwie za zamkniętymi oczami, szukając światła, promienie radosne dochodzą z łazienki za plecami. Syn radośnie wyśpiewuje i na cały głos, o małym rycerzu i stepie szerokim.

Głupi w sercu swoim może powiedzieć "cóż z tego" i spytać cenzurująco - "przerwałeś modlitwę? ODPOWIADAM - "Nie, dalej w niej trwam, lecz inaczej. Dostałem znak zza pleców, usłyszałem, więc otworzyłem oczy i nie chciałem już dłużej odsuwać "pierwszego" kontaktu ze światem zewnętrznym. Świat wewnętrzny łączy się we mnie z zewnętrznym. W osobowym świecie. W którym ojciec i syn/synowie stanowią jedno. I córki i żona. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam.

Wiem, że ci, którzy nie rozumieją Ewangelii - nie zrozumieją i mnie. Ich dobra nowina jest ciągle nie nazwana i nie mają języka do opisania swojego życia i przeżyć. Mnie słowo otworzyło i stwarza odtąd cały czas. Pozwala też pisać i pisać i pisać. Słowo i ja - więc i pisanie - stajemy się nierozłączni :)
Tych, którzy nie rozumieją i nie mają (odpowiedniego) języka jest całe "stronnictwo Barabasza", a może "tylko faryzeuszy? - które się organizuje przeciwko mnie i pod drzwi podchodzi. Krzyczą, że wstyd im przynoszę. Oni nazwali się gminą Strachówka!
Przecie im zabronić nie mogę, ani nie śmiem. I nie mam prawa. Niech się nazywają i mniemają. Ja tylko twierdzę i mniemam, że normalnej, historycznej gminie przynoszę chlubę i ją też nieco rozsławiłem i rozsławiam. Zło zmienia znaczenia - na pomieszanie dobrego i tego drugiego, pozwólcie, że nie nazwę. "Pozwólcie, że go nie wymienię". No, kogo i skąd cytuję?

W osobie nie da się rozerwać ojca i syna, świata wewnętrznego i zewnętrznego. Śpiewam hymn uwielbienia, będąc całkiem bez sił. Taka jest siła wolności.

Już po drodze dopisałem, że i w szkole mam takich, no może podobnych jak w szkole, którzy też dadzą mi chwilę promienną. Że i w szkole są takie dzieci, przez które się niebo do mnie/nas uśmiecha i śpiewa i śpiewa i śpiewa.

Po drodze, jak zwykle, mówimy 10 Różańca. Dostałem to w "spadku" po Kanadyjczykach spotkanych na drogach i bezdrożach autostopu po Europie (1979/80). Oni gdy kluczyk do stacyjki wkładali zaczynali - "Je vous salue, Marie, pleine de grâce, le Seigneur est avec vous..." I tak pozostało. Na wieki :)
Piosenki dwie też pośpiewałem w samochodzie. Pierwsza z czasów mszy w kaplicy w Trawach - "Już od rana rozśpiewana, chwal o duszo Maryję...". Druga - "Oto jest dzień, oto jest dzień, który dał nam Pan...". Jakoś tak samo wychodzi. Nie żebym był taki pobożny i maryjny. Taki mechanizm. Takie mechanizmy są bardzo ważne w życiu. Pełnią rolę regulatorów samoczynnych, by rozum nie przeciążał się bez zbytniej potrzeby.

Wpadam do szkoły, by znaleźć kawałek papieru i ołówka. Tak, zrozumiałem, że ciągle są chwile promienne, ale rzeczy rutyny codzienności je zasłaniają. Potrzeba wysiłku, by odsłonić zasłony codzienności. Zwykłe dzień dobry i chwila rozmowy z napotkanym kimś, może zabrać to, co przed chwilą się w nas zdarzyło naprawdę. Promienie przechwycą zwykłe chmury, obłoczki. Możemy światła zgromadzić (zapalić?) i zatrzymać tyle w sobie, by przez chmury się przedarło.

Z radosną refleksją wychodzę pod szkołą z 28-letniej "beczki" - "Po to żyjemy! - kościołem przez chwilę promienną jesteśmy! Kościołem domowym i samochodowym.
Na katechezach było wiele łez. Ale o tym potem. Była wszak jeszcze dzisiaj po pięknym dniu, trudna Rada Pedagogiczna. Szczególnie dla mnie. Prawie zawałowa. Wykańczające nas wszystkich - po trochu, po trochu - nierozwiązane, ba nawet nienazwane adekwatnie problemy. Ale była też chwila podniosła - na zdjęciu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz