środa, 1 lutego 2012

Okrągły? Kwadratowy? - byle rozmawiać!

Wiara, rozum i miłość zmuszają mnie do pisania. Byłem kiedyś, gdzieś i dla kogoś autorytetem, era Kazika Łapki zrobiła ze mnie "siewcę nienawiści" na terenie podległym jego rządom i oddziaływaniom. Przez 16 lat to była oficjalna wersja historii i charakterystyka osób związanych z gminą, ale niepodległych jego rządom i wpływom. Osób zachowujących wolność i GODNOŚĆ. Kto ją (wersję historii) przyjął jako własną i jej bezkrytycznie uwierzył - potwierdza moc jego propagandy.
Czyli, że udało mu się zmienić rzeczywistość na danym terenie, wraz z postrzeganiem (i oceną) jej przez wielką część mieszkańców. To diabelska robota. Boża - jest inna. Uczy widzieć dobro i prawdę. I sprawiedliwie oceniać historie najnowszą i ludzi, którzy ją współtworzyli.

Dzisiaj wersja rzeczywistości według Kazika Łapki, 16-letniego władcy gminy, jest powielana nawet przez siły zorganizowane.
To przynagla mnie do upominania się o zwołanie - jak najrychlej - obrad okrągłego lub kwadratowego stołu w NASZEJ WSPÓLNEJ gminie. Niech każda ze stron, a jest ich według mnie cztery, jak stron świata, się określi. Niech powie, jaką ma wizję gminy i życia w niej dla nas i przyszłych pokoleń.

Cztery strony to:
1) tzw. "Łapkowa"
2) Rzeczpospolita Norwidowska (w tym Kapaony)
3) Kryśkowa (w tym SPS)
4) Oficjalna (w tym wójt)

Każdy może to widzieć inaczej. Pluralizm jest czymś normalnym. Także na poziomie gminy. Głupotą jest się go wypierać. Każdy ma prawo do swoich poglądów, oraz prawo ich głoszenia. To nie jest sianie nienawiści. Tylko publiczne nazwanie (ujawnienie) swoich poglądów na życie tzw. wspólnoty lokalnej może przynieść zmniejszenie napięć i szeroko rozumianą normalność. Na pewno w trakcie takich obrad znaleźlibyśmy wiele wspólnego. Może się okazać, że jesteśmy wspólnotą lokalną nie tylko dlatego, że mieszkamy na jednym obszarze administracyjnym i w przeważającej liczbie wierzymy w tego samego Boga.

WSPÓLNOTA TO GRUPA LUDZI, KTÓRZY DOBROWOLNIE PRZYJĘLI I CAŁYM SOBĄ ZAAKCEPTOWALI
JAKIŚ DAR (OD DAWCY) ISTOTNY DLA ŻYCIA I ROZWOJU OSOBOWEGO I SPOŁECZNEGO (definicja własna).

Kultura okrągłych i kwadratowych stołów pozwala każdemu (stronom, obozom, czy jak kto chce) się wypowiedzieć. Każdemu przyznaje tyle samo czasu, szacunku i prawa bycia wysłuchanym z uwagą. Można ustalić czas (równy) na ewentualne sprostowania itp. Są w powiecie sprawdzone "firmy" mogące służyć pomocą techniczną, ale nie zabierając głosu jako dodatkowa strona. Eksperci z zewnątrz mogą być obserwatorami i pomóc organizacyjne. My sami musimy rozstrzygać o naszych sprawach, czyli o lepszym wzajemnym zrozumieniu i ustaleniu reguł wzajemnego szacunku i współdziałania dla dobra gminy (tzw. dobro wspólne). To nie może zamienić się w sądzenie kogokolwiek. Tylko nazwanie swojego sposobu widzenia świata i gminy (albo odwrotnie). Nie musimy na początku pałać do siebie wylewną miłością, wystarczy chrześcijańska miłość bliźniego swego.

O pewnym wpisie - jak jedno zdanie o drobnym fakcie sprzed 25 lat wpływa nie tylko na życie jednego człowieka, ale także jego rodziny, a i ma wpływ na sferę publiczną, w której on i ci ludzie funkcjonują. Czasem jedno wypowiedziane, albo przemilczane zdanie daje lub pozbawia kogoś pewności myśli, działań, inicjatyw itd. Kręgi oddiaływań rosną, jak kręgi na wodzie po wrzuceniu małego kamyka. Jedno zdanie może nawet zabić (vide: "siewca nienawiści").

Gdzieś, ktoś o kimś mówi - "charyzmatyczny katecheta, bez którego wielu młodych ludzi nie miałoby okazji spotkać Jezusa", ktoś inny "tak [po imieniu] wtedy sie mówiło o najlepszym legionowskim katechecie w kregach ówczesnej młodzieży".
Piękne słowa, miłe słowa. Ale o tym samym człowieku w innym miejscu prawie publicznie się mówi "siewca nienawiści".
Gdyby chodziło tylko o czyjeś prywatne życie, pal sześć, niech się ten człowiek męczy - a jeśli uniesie ciężar nałożony na niego i jego rodzinę przez wspólnotę lokalną (parafia, gmina, ktoś w szkole) szybciej osiągnie zbawienie. Ale to nie jest tylko sprawa jakiejś prywatnej osoby. To jest katecheta Kościoła Katolickiego. Jego ocena jest także powiązana z oceną historii gminy i jej funkcjonowania dzisiaj. TO WPŁYWA NA PROCESY WYCHOWAWCZE W SZKOLE I CAŁYM ŚRODOWISKU GMINNYM (TAKŻE KOŚCIELNYM - sfera wiary rozumnej). Bez wyprostowania podstaw realizmu w społeczności lokalnej skazani jesteśmy na nieprzewidywalne konflikty, napięcia i zacofanie (jazda z zaciągniętym hamulcem ręczno-umysłowym) cywilizacyjne. Postęp może przynieść tylko prawda.

Zacząłem ostatnio mówić, że mnie zabito za życia. Ale nawet ja nie uświadamiam sobie całego mechanizmu tej powolnej śmierci. Dochodzi do mnie przy okazji czyichś wypowiedzi, postów, lektur, debat lub innych odkryć. Coraz bardziej się umacniam w przekonaniu, że mamy do czynienia z patologią.
Dociera także do mnie, że w jakiś sposób zaczynam się coraz bardziej utożsamiać z ofiarami przestępstw. Wcześniej nie do końca rozumiałem ich potrzeby i wiecznie artykułowane przez nich oczekiwanie na odkrycie i osądzenie sprawcy ich krzywdy. Nie zawsze wiąże się to u nich z żądaniem kary, jeszcze rzadziej z zemstą, czy rewanżem. Chodzi o nazwanie zła i dobra.

Ten sam mechanizm dotyczy wielkich masowych zbrodni w historii, nawet ludobójstwa, jak i osobistej krzywdy. Pewne przestępcze czyny ujawniały się nawet po dziesięcioleciach, pewne skutki tych czynów mogły być nieuświadamiane nawet przez ofiary, ale nie zmniejsza to ich potrzeby sprawiedliwości. Tego nie wyjaśnią sami psychologowie. Trzeba zaprząc do pracy antropologię, psychologię społeczną, socjologię, teologię i Bóg wie, co jeszcze. Sprawa nie jest prosta. Ma chyba coś z metafizyki.

Jednym z tłumaczeń tej powszechnej potrzeby nazwania zła i wymierzenia sprawiedliwości jest wiedza o prawach rozwoju społeczeństw i pochodzie historii. ŻEBY ZŁO ROZPOZNANE I POSTAWIONE PRZED TRYBUNAŁEM ROZUMU I WIARY CZŁOWIEKA NIGDY WIĘCEJ SIĘ NIE POWTÓRZYŁO.
A przynajmniej, żeby trudniej było powtórzyć rozpoznane jego (ZŁA) mechanizmy.

Oby mój przykład, kolejna sprawa Józefa K., uruchomiła jakiś PROCES poznania dobra i zła w warunkach po-peerelowskiej Polski (jak w tamtym procesie w warunkach wielkiego miasta (Pragi?) na początku XX wieku). Na mnie wykonano "tylko" wyrok śmierci publicznej. Z charyzmatycznego katechety ("Ziarno Solidarności", "List młodzieży do Papieża", "Wywiad z katechetą", koncepcja Rzeczpospolitej Norwidowskiej) zrobiono (zrobił) siewcę nienawiści.

PS.
Obu Józefów K. łączy liczba "trzydzieści". Tamten skończył 30 lat życia, ja obchodzę XXX-lecie bycia katechetą KK. Choć doszedłem do mądrości, że liczby w życiu człowieka mają drugorzędne znaczenie. Jedną z najgorszych konsekwencji błędu liczbowej miary człowieka (życia) jest podawanie długości życia jako jakiegoś ekwiwalentu jego wagi. O wadze życia decydują momenty (moja dawna momentologia stosowana)! Być może "liczone" od dojścia do jakiej takiej samoświadomości lub pełnej tożsamości. Osoba nie ma mierzalnych wymiarów. Jest na obraz Boga Osobowego. Poznanie Boga-Osoby to najważniejszy etap w dziejach Ludzkości i rozwoju człowieka. Poznali, bo się sam objawił. Katecheta po 30 latach ma większy wgląd w te sprawy :)

"Tamten Józef był świadomy tego, co go czeka. Czuł, że nadchodziły jego ostatnie chwile. Mimo tego jednak był zadowolony ze swojej postawy." Ja też - bezwstydnie wyznaję.
Wiele osób chce, abym zamilkł, nieświadomie(?) dobijając ofiarę. Historia społeczeństw, wolnych osób i literatury toczy się dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz