wtorek, 23 października 2012

Z pamiętnika Rerónia-Reronia (1)


Post scriptum i nota bene na samym początku do paru wyrazów i liter!


Długo by opowiadać, kto, kiedy i jak znalazł jego pamiętnik. Podobno wiąże się ten fakt z Jedynym Przyjacielem i wierszykowaniem lub czymś podobnym, kto by się przejmował głupim Rerere... Re-Całym-Reróniem :-)

No więc, był taki. Kartki były niespięte, fruwały. Nie dawały się spiąć. Może tylko Jedyny Przyjaciel mógłby? - ale nie dowiemy się raczej. Na pewno nie dziś. Fruwa dzisiaj dużo liści jesiennych, no nie!

Jakaś jedna fruwająca kartka spadła czytatemu kiedys pod nogi:

"Myślałem, całą noc, może pół, o czym i jak myśleć. Zresztą, chwilami tej nocy nie żyłem. Nawet nie dodam "chyba". Bo spać się nie dało. Czemu? - tego też nie wiem. Tak do końca - nie wiem, bo częściowo - wiem. Między dobrem a dobrem czas ustaje. Tyle było TEGO – sprawdźcie we własnych kalendarzach i pamiętnikach. Co Wam wczoraj zapisało? Właśnie wczoraj, tu i tam, gdzie był wczoraj wasz czas i dzianie. Błogo-dzianie-wspominanie-w-podziękowaniach.
Mnie obrazki z wczoraj, nuty, s-kojarzenia, wiązały, sznurowały sakwę by-To-z-Tym-o-wania. Widać czasem musi przyjść taki czas. Noc wyolbrzymia? I tak, i nie. Kiedyś wyolbrzymiała strasznie, nieznośnie, był lęk, lęków dwa? trzy? Ale nie dziś i nie wczoraj. Odkąd zjawiło się TO. Ten? Że sens snu się wypełnił, wiecznego? - o sens? Chyba tak. Stało się. TO się stało. Bo TO się dzieje! Ustatecznia nas czas. TEGO się nie wymyśli, choć ślady u innych da się obserwować i czytać, jeśli zapisali. TO jest i tyle. Zjawia się, gdy się jakiś czas w pełni przeżyje, nie obejdzie się w koło zygzakiem. Osoby i czyny toczą się jak kółko i patyk z zabaw chłopców na podwórkach i ulicach przed laty. Ja tak się bawiłem, najtrudniej było znaleźć kółko, bo patyk! - phi, a cóż za problem, każdy może być patykiem. Pardon - kółkiem, albo, eh! wszystko poplątałem.

Przyszły w nocy fakty namacalne, widzialne, których się nie pyta "czemu się dzieją, skąd są". Ciekawe jest zawsze, jak przyszły? Po jakich sko-ja-rze-niach? ach! po myślach? - na pewno też. Galareta mózgowia ciągle broniła swojej tajemnicy, zresztą wpatrywanie się w łamańce wzorów liter i cyfr, życia nikomu nie wyjaśni - nie podmiotowi, może robotowi.  Ani w Marzenowie-Wy, ani ponoć poza nim, jeśli jest coś poza, nie wiedział tego do końca nikt. 

No więc, jak przyszedłeś do mnie, obrazie z jubileuszu, z restauracji jubileuszowej w pięknym mieście w zakolu rzeki, choć od rzeki kawał drogi, bo się przeprowadzili jubilaci i Syn, każdy w inną stronę i z innych powodów. Jubileusz był znad żywej rzeki, restauracja - nie.
Pytałem Jubilatów o Syna, to takie oczywiste, chciałem znać jak najwięcej. Więc pewnie spytałem, skąd On taki jest Inny, czy zapowiedzi były Im dane? i jak?
Uśmiechnęli się Jubilaci, może byłem setnym, Który-Pytał. O TO pytał? Ich? a może czekali na to pytanie, jak zawsze czekają rodzice pytań o Syna i Dzieci? Było tak lub inaczej, uśmiechnęli się. Ojciec odpowiedział, czy to dlatego, że ojciec zna syna, czy tak byli umówieni, zwyczajem rodzinnym - ktoś pyta, odpowiada, ktoś słucha.

Był zwyczajnym synem. Zwyczajna rodzina? Chyba tak, dlaczegóż by nie? - w niej nie używano słowa 'nie', przynajmniej trudno znaleźć świadków. Na pewno on nie używał. Był przypadkiem jeden na milion, albo na sto milionów, dlatego pytałem, jak mógłbym nie pytać!
Ojciec opowiedział, z zagadkowym uśmiechem, co dotarło do mnie dopiero teraz - jak robił synowi ślady w śniegu. Nie na śniegu, na przykład orła, któż phi! tego nie robił. Orła zrobić łatwo, wystarczy machać rękami i nogami, w poziomie. Ale zrobić ślady pionowe, z góry na dół, do samej ziemi, by dawało się w nie wstawić stopę dziecka, to nie takie proste, niewielu potrafi. Inne śniegi? inne czasy? inne dzieci i chłopy? Nie, wszystko takie samo, z pokolenia na pokolenie. Może inna wrażliwość? może nie umiem już patrzeć? nie widzę? nie słyszę? nie czuję już tak! Może tak. To mogą wiedzieć chyba tylko ojcowie i dzieci, po latach. Po życiu? Chyba tak.

Mówił, ja byłem Słuchającym, że takie były wtedy śniegi. Z domu do kościoła zakładał ślad, jak mówią wysoko-wspinacze, by za nim mógł iść syn. Syn mały, śniegi duże, miał osiem-siedem lat? Syn był mini-strantem, sługą sług. Był? już wtedy? chciał być? a co on rozumiał? czy ktoś pozna opowieść z jego strony?

Uśmialiśmy się wszyscy, dwoje, trzeci, samotrzeci, samo-dwóch? może czworo, może z nami był wtedy jego duch? To ważne, żeby był śmiech serdeczny, łatwiej potem stawiać następne pytania. Czy to już koniec? wspomnień-opowieści o dzieciństwie jego, moim, twoim, naszym. Nie, była jeszcze jedna, zagadkowa. W niej do dyrektora jakiejś szkoły puka Ktoś! Puk-puk.
- A to Ty, czemu się tak skradasz, wchodź.
- Ja, bo proszę pana chcę prosić...
- O co znowu tym razem, może pierwszy raz?
- żeby pan dyrektor podzielił się moimi stopniami z moimi kolegami
- Co? - jakimi stopniami, z kim, mów, cały jestem zdziwiony, jakiem dyrektor od wielu lat, od stóp, do głów, teraz tylko w Ciebie zapatrzony i dla ciebie w tym za-słuchaniu cały. Nawet sam swoje dzieciństwo mam już przed oczami, w jednej chwili, jak cud, tak w lot!
- bo oni nie mają takich stopni jak ja, a ja mam dużo, to może im dam, pan dyrektor podzieli się moimi stopniami
- ale po co im swoje stopnie chcesz dać
- bo oni nie mają, może im nie starczy, na dwóch, do następnej klasy, a jak weźmie pan moje, to starczy dla trzech

Śmiech ucichł był nagle. We mnie, w nich, wiadomo, że cisza dopowie najwięcej. I grób, urna, pamięć. 
Oj, gdyby słyszeli, zobaczyli, przejrzeli na wylot  mnie teraz Wy-Marzęcinianie - rozglądam się przed nimi, bo nie za, nawet w myślach i we śnie - to, e! na pewno by się za-żechnęli, jak zwykle na mnie:
- siewco nienawiści won z-z-tą-stąd-pamięcią znów będzie wyjeżdżał i też-toż-samość-samo-mość nam wy-mawiał!- nawet zza grobu i urn! Te swoje znienawidzone przez nas serdecznie syczące ohydne słowa, nam będziesz wciskał wszystkimi porami ziemi i nieba, za życia i po. 

Bez-toż-samych Wy-Marzęcinian Utopistych krew złości inter- i bez-interesownej, zdawać by się mogło, tak chcieli by słyszeć i widzieć sami siebie, zalewała, choć bez-inter chyba nie ma. Zawsze jakiś interes mieli na oku, Oni-Wy-Marzęcinianie Utopiści - innymi literami czasem sobie coś notowałem wewnątrz bardzo własnych notatek.

W nocy bez-sennej, bo po co, ani się dawało, a i szkoda było spać, obraz za obrazem sunął, około mych kolan, głowy, muzyki nieziemskiej, którą podsuwał Inny znajomy bez-senny poznany w tę właśnie, a nie inną, noc. Są rejestratory, chipy, co z taniością trochę się kojarzą, wszystko podobno można podsłuchać, odsłuchać, podejrzeć, co wcale nie jest chęcią oglądania Prawdy-Nie-powtarzalnej-Nie-do-podrobienia, ale podejrzewania bliźniego. 'Bliźni' - takiego dziwnego słowa używała ich Księga Pierwsza, tak ich mędrcy i podobno na świecie poza, w który tak samo serdecznie nie wierzyli, mówili. Znali jednak to słowo, tego się nie wymawiali, to trzeba im przyznać, wszystkim Wy-Marzęcinianom. 
Machnęli-by ręką nawet na tego niedojdę-bliźniego, byle im ciągle nie wypominał tej dziwnej toż-szości-samo. Bliźni to jakiś wytrych do czego, wszystkiego? -  wiadomo, że jak od Wszystkiego”, to do niczego i już! Wy-Marzęcinianie tak uważali i między sobą wymieniali wy-mowne spojrzenia, bo rozmawiać się bali – zwłaszcza przy tych, którym życie przykleiło słowo 'bliźni' - więc już z nikim nie chcieli, bo-by znaczyło, a może samo 'by', że jakoś musieli-trzeba-by wejść do, nie-rozpoznanej przez nich do tej pory, przestrzeliny-publicznie - wcale nie prywatnej -  danej każdemu z nich, skoro się narodził. Stukali się tylko czasem - szydełkując palcami odwrotne znaczenia słów - po zewnętrznym czole – 'błaźni', 'błaznowie', niech im się nie bliźni ich wstyd.

Są przecież, podobno, wiedzieli ich informatorzy i jakieś ich służby tajne, metody by sprawdzić, kto do kogo, o której porze. Ten Nowy zna łacinę i grekę i język Joshua z Galilei, i Niemca, który nobelskie wyróżnienie dostał po dwudziestu czterech latach czekania, albo, kto i jego!? tam - po ilu i czy na pewno czekania - wie. Muzykę nieziemską hymnów, pień, aklamacji wiary, nadziei, tęsknoty do Miłości, która wiadomo i jak spada na człowieka szukającego. Widocznie Inny, nowy znajomy, też coś przeżywał tej wczorajszej nocy. Pomagał tym mnie, nie zatrzymał dla siebie. TO! cudem jest w oczach moich. To też.

PS.
Nie będę ułatwiał... przecież nikt nie musi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz