poniedziałek, 16 stycznia 2012

Mądrość w zasięgu ręki

"Żołnierz strzela, Pan Bóg kule nosi".
Dzisiaj też zajęło mnie co innego, niż pisanie posta. Między innymi pasjonująca lektura profesora i o profesorze Mikołaju Piskorskim i kulturze Harvardu. Wdałem się w lekką polemikę z nie-szczęsnymi wpisami na Facebooku po spotkaniu w Urzędzie Gminy z prof. z Harvardu, na które nie zaproszono nikogo z norwidowskiej szkoły. Pozwalają one lepiej rozumieć istotę wewnątrz-gminnego sporu. O kształt świata, demokracji, istotę osoby, przejrzystość działań publicznych itd.

Więc na zaległości znów mam mało czasu, a jeszcze bardziej sił. Praca z komputerem i Internetem w naszych warunkach technicznych bardzo męczy.

1) - W sobotę 14 stycznia spotkała się część mojej dawnej klasy pierwszej szkoły podstawowej nr.3 w Legionowie. Po pięćdziesięciu latach. Fajny pomysł, no nie. Niestety, beze mnie. Nie stać mnie na taki luksus. Finansowo, sprzętowo, organizacyjnie. Musiałbym mieć z 200 złp na koszty związane z wyjazdem, plus tak ok. 300 złp luźno leżące w kieszeni, portfelu lub na stole. Te drugie, aby być spokojnym w razie niespodziewanych wydatków, typu "coś się stało z ponad 27 letnim samochodem, a trzeba go szybko - od ręki - doprowadzić do sprawności, albo wyskoczyły jakieś pilne potrzeby domowo-rodzinne." Ponieważ nie mam(y) ani 200, ani dodatkowych 300, siedziałem w domu, pilnowałem ognia w piecu i kończyłem posta. Stać nas tylko na bez-kosztowy udział w życiu społeczno-towarzysko-publicznym. Basta. Kolegów i koleżanki pozdrawiam serdecznie i jestem do usług... w Internecie.

Naszą wychowawczynią była Aniela Zawadzka, jak dzisiejsza celebrytka telewizyjna "Niania" - też od wychowania. Zachowuję ją we wdzięcznej pamięci, zapamiętałem najlepiej tę, w czapce, berecie lub chustce na głowie, wychodzącą po mszy świętej na godz. 8.00 w starym, drewnianym kościele "na górce". Nawet jako licealiści chodziliśmy na tę mszę sporą grupą i uważaliśmy ją za swoją mszę szkolną. Dawna wychowawczyni - widać - też. Tak ją pamiętam, to ją unieśmiertelniło w mojej pamięci i modlitwie. Minęło tylko 50 lat od pierwszego spotkania :)

2) - Jakie są obowiązki społecznych zastępców w różnych instytucjach i organizacjach? Jeśli się pomylę to mnie poprawcie:
- bywać na zwoływanych posiedzeniach różnych ciał statutowych
- czytać, zapoznawać się z przedkładanymi dokumentami, w ostateczności także podpisywać
- zabierać głos w dyskusjach (sprawach) i na tematy, które są im znane
- być zdolnym (prawnie) i gotowym (moralnie i...) ponosić konsekwencje swoich decyzji, podpisów i działań
- korzystać z możliwości siedzenia cicho, gdy jest mowa o sprawach, które są znane głównie etatowym dyrektorom, prezesom, wójtom lub innym członkom ciał statutowych będących na etacie
- podejmować wyznaczone statutem zadania w razie nieobecności (innych niemożności) etatowych prezesów, dyrektorów, wójtów itd., których to właśnie są zastępcami społecznymi
- być w permanentnej i radosnej gotowości odejścia z zaszczytnej funkcji i przekazania jej w ręce kolejnego społecznika :)

Jakie to proste i oczywiste. Przecież społeczni zastępcy nie mogą śledzić bieżącej działalności swoich instytucji i organizacji tak, jak etatowi. Nie mogą znać wszystkich pism, rozporządzeń, rachunków, rozmów telefonicznych, w cztery oczy i podczas "lunchów biznesowych" itp.

Nie bądźmy śmieszni z szybkimi plotkami i ciężkimi oskarżeniami. NIE BĄDŹ ŚMIESZNY/ŚMIESZNA.

3) - Mam przed sobą "bulwersujące" oświadczenie doktora Wojciecha Strzałkowskiego z Poradni Lekarza Rodzinnego W Jadowie. Chociaż adresowane jest tylko do mieszkańców sąsiedniej gminy, czuję się w powinności moralnej do zabrania głosu.

Rzecz idzie o mieszkanie zajmowane przez doktora w budynku dawnego Ośrodka Zdrowia w (norwidowskim) Sulejowie. Według nowych planów Rady Gminy w Jadowie ma być ten budynek przekształcony w "lokal socjalny".

Nie jest moją rolą doradzanie czegokolwiek komukolwiek. Nie znam ani motywacji, ani możliwości lokalowych sąsiedniej gminy.
Pragnę tylko stanąć przy doktorze Wojciechu w odruchu solidarności. Jestem osobiście poruszony jego sytuacją, bo nie tylko jest naszym lekarzem rodzinnym odkąd powstała ta specjalność i poszedł tą nową drogą doktor Wojciech, ale towarzyszy on w pewien (równoległy) sposób całemu życiu naszej rodziny na tym terenie. Równoległość wyraża się na przykład w obecności na sali Urzędu Gminy w Jadowie 22 lata temu, gdy był wybierany Wójt I Kadencji. Objeżdżałem takie wydarzenia w towarzystwie posła Sejmu X Kadencji (tzw. Kontraktowego, z ramienia Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie) Krzyśka Szymańskiego z Korytnicy (napisałem Krzyśka, nie Krzysztofa, bo razem organizowaliśmy NSZZ RI Solidarność w swoich gminach, w ramach dawnego województwa siedleckiego).
Po zamieszaniu w takcie wyboru doktor wyraźnie poruszony podszedł do nas zamienić parę słów. Wszak Krzysiek był reprezentantem najwyższej władzy ustawodawczej Polski.

Potem, już sam jako wójt Strachówki, jeździłem do doktora Strzałkowskiego do sulejowskiego ośrodka konsultować sprawy gminnej służby zdrowia. Był dla mnie autorytetem.
Najważniejszą bodaj rolę odegrał doktor w czasach, gdy rodziły się nam kolejne dzieci. Sama świadomość, że pod bokiem jest "specjalista z Warszawy" (z praktyką chirurga dziecięcego) dawało nam spokój i uciszało obawy o zdrowie naszych noworodków i niemowląt. Nieraz pędziliśmy na złamanie karku, by doktor zobaczył, zbadał, uzdrowił nasze maluchy i nasz rodzicielski strach. Najbardziej dramatyczna była nagła wizyta po upadku trzyletniego Jaśka skronią na gałkę drążka zmiany biegu w "Ładzie", po gwałtownym hamowaniu na drodze w Rozalinie, gdy nam koń wyskoczył zza drzew. Gdyby nie dziesięć minut do doktora Strzałkowskiego w Sulejowie umarłbym pewnie na zawał serca. Doktor zbadał, wytłumaczył budowę czaszki, uspokoił.

Są weselsze epizody. Przy jakiejś wizycie, o charakterze bardziej prywatnym Wojciech namówił nas na przyjęcie od niego małego kotka, "który bardzo uwrażliwia dzieci i uczy ich delikatności". Nie lubiliśmy kotów, ale doktorowi się nie odmawia. Odtąd stale mamy kilka, aktualnie siedem i bardzo je kochamy :)

Doktor leczył i "uzdrawiał" nas, dzisiaj tym wyznaniem chciałbym choć trochę zmniejszyć jego stres. Mogę tylko wierzyć, że władze ustawodawcze zaprzyjaźnionej gminy w sąsiedztwie wezmą wszystko pod uwagę i znajdą dobre rozwiązanie. Także we wspólnocie samorządowej najwyższą racją działania jest godność osoby mieszkańca. Każdego, wielce zasłużonego tym bardziej.

Nikt nie może milczeć, jeśli jest mu coś wiadomym w sprawach publicznych. Osoba publiczna jest sprawą publiczną z definicji. "Jak chcielibyście, żeby wam czyniono, wy czyńcie".
Wiem po sobie, jak boli milczenie tzw. życzliwych "cichych obserwatorów" czyichś/naszych mniejszych lub większych dramatów życiowych. Tak patrzę na tę sprawę - sprawę DOMU, w którym doktor zamieszkuje już prawie 25 lat. Właśnie wypadło Jego srebrne wesele z Jadowem, w Jadowie, i dla Jadowa.

4) - sprawa NORWIDIANA.PL, za sprawą ostatniego posta o Papieżu kochającym Cypriana Norwida czystą, wielką miłością zostawiam na inny raz. Wybaczcie piechocie, czasem zdziera za szybko zelówki i pióro :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz