poniedziałek, 23 stycznia 2012

Rozliczenie niedzieli, stowarzyszeń, prezesów... życia (?)

Każda chwila może odkryć niebo, jak i przynieść zwątpienie. Zwątpienie to może za mocne słowo. Chodzi mi o zamęt raczej, taki, który wdziera się z naszą zasługą. Heli się nie podoba, że dałem zdjęcia na Facebooku, Andrzejowi tako-jako, wizyty rodzinne też niosą napięcia, bo my ich nie odwiedzamy w realu, a oni nas w Internecie...

Jak to dobrze mieć punkty oparcia, chociaż w dziedzinie czystej wiary mówi się o opuszczeniu podpórek, oprócz Boga samego.
Niemniej ja mam. Leży na stole obok, bo korzystałem do poprzedniego posta, Księga Soborowa. Sama obwoluta dobrze mi robi. Jest oparciem pamięć o Janie Pawle II, który oparty o Biblię i Sobór zmieniał świat. Jest Andrzej Madej, który zaufał drodze i poszedł i doszedł na kraniec świata z dobrą nowiną o Dobrej Nowinie.

Będę musiał się rozliczyć z Grażyną, ze sobą, z dziećmi. Ale - o dziwo - sama perspektywa takiego rozliczenia przynosi coś ożywczego. Bo jest prawda. Są cele. Są kryteria obiektywne. Prawda nie zależy od nas. Ani jej kryteria. Powtarzam się. Ale czy to, że mogę powtarzać w ten sam sposób, to że działa ten dobrze naoliwiony mechanizm - to jest coś z dużej litery. Coś. Transcendencja wyzwala z ograniczeń (więzienia?) immanencji.

Z Grażyną - bo wszystko zrobiła wspaniale, smacznie, dużo, i miała za sobą wspaniały tydzień (wt. - prof Piskorski, śr.- Pałac Chrzęsne, czw. - komisja oświaty, pt.- Subregionalne Forum DR...), a jakby nie czuła należnej dumy i zadowolenia i chciała jeszcze trawę malować "bo gości jadą pany"... a tfu, z taką staropolską logiką i sprawiedliwością :-)

Ze sobą już mnie rozliczyła księga soborowa i reszta wnętrza osobowo-czynnego.

Z dziećmi? Sprawdzę humor Heli, może przejdzie do jutra? Jasiek miał super dzień wczoraj, obiecał coś napisać. Zosia zbiera czwórki i piątki, z młodzieżą przeżywamy mecze, biegi i skoki, Łazarz sobie radzi, choć "Czas poznania" przestał mu na blogu cykać - nie powinno być źle! Życie się dzieje, życie się toczy.

Czwórka naszych dzieci nie robiła 18-tek!!! Zostały jeszcze dwa takie terminy w życiu rodzinnym, żeby wystawić końcową „szóstkę z plusem”. Komu? Trzeba koniecznie pomyśleć nad tymi faktami. To nie jest manifestacja, ani ich ulubiony sposób przeżywania młodości.
Kto zrozumie te fakty i będzie dumny z nich (nas?), to może nawet pożyczę pieniądze i odwiedzę kogo-bądź pod wskazanym adresem z kwiatami. Bronię swojego prawa do odrębności. Piszę o tym w „Osobnym świecie”.

Myślę, że dzisiaj bardziej trzeba rozmawiać z naszymi dorosłymi dziećmi, żeby zrozumieć Kapaonów. Ja, mąż, chcę tylko upomnieć się – i będę to robił do końca – o godność i niebywałe zasługi żony, matki, dyrektorki, prezesa, społecznika, a nawet autora (bloga). Będę to robił nawet wobec rodziny. Więc, z łaski Bożej i z uwagi na kult Jego Miłosierdzia, trochę więcej zrozumienia i podziwu nie będzie nie na miejscu lub nieuzasadnione, a bardzo ułatwi nasze stosunki.
Jak z radością pewnie postrzegliście, nie jestem ograniczony w uszczypliwościach do władz Strachówki, radnej-koleżanki-nauczycielki straszącej Grażynę i mnie sądami, do jakiegoś anonima, przez którego oskarżenia zmuszony byłem jeździć po certyfikat niekaralności do Sądu w Warszawie, czy do innej organizacji i jej autora („pana Jacka”) piszącego do Grażyny „czułe słówka”, które zacytuję dosłownie - „nie załatwienie przez Panią tak poważnej sprawy, jak zaktualizowanie danych w KRS dotyczących składu Członków Zarządu w tej organizacji, którą Pani kieruje w okresie ponad półtora roku stawia Panią w złym świetle jako Prezesa Stowarzyszenia i Urzędnika Państwowego”.

Mam inne wyczucie światła. W złym świetle stawia się kto inny. Pamiętam, jak półtora roku temu kierowani szczerą chęcią i wspaniałomyślnym pragnieniem współpracy ze wszystkimi aktywnymi mieszkańcami gminy zaproponowaliśmy w/w Jackowi funkcję w zarządzie Stowarzyszenia Rzeczpospolita Norwidowska. Bez żadnych podtekstów, bo przecież nie mogliśmy źle życzyć stowarzyszeniu. W/w Jacek propozycję dobrowolnie przyjął i pozwolił się wybrać. Coś się jednak potem wydarzyło w życiu gminnym i wkrótce w/w Jacek postanowił się wycofać i pozwolił się wybrać prezesem innego stowarzyszenia, nie informując nas o tym. Nie czepialiśmy się, nie rozgłaszaliśmy. My nie z takich (małostkowych i małodusznych). Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i z normalnym rozumieniem dobra stowarzyszenia (tego lub tamtego) odwołaliśmy formalnie w/w Jacka by „dla swojego spokoju” nie czuł już „obowiązku pełnienia funkcji Członka Zarządu Rzeczpospolitej Norwidowskiej”.
Pomimo nie zawinionego przez nas zamieszania, nie czuliśmy się „zmuszeni z tą sprawą zgłosić osobiście do organów sprawujących „Nadzór nad stowarzyszeniami” w celu załatwienia tej nie cierpiącej zwłoki sprawy.”
Nie powołujemy się także w korespondencji między nami na podstawę prawną. W ogóle dalecy jesteśmy od instytucjonalizowania relacji w ramach wspólnoty lokalnej. Stosujemy zasadę „tylko tyle instytucji, ile to absolutnie niezbędne”. Nauka społeczna (nie tylko Kościoła) mówi o pomocniczości państwa (jego praw i instytucji). My budujemy stowarzyszenie, samorząd, wspólnotę lokalną na relacjach osobowych. Taka jest nasza wiara, taka też „osobowa” wizja życia wspólnego. Od zawsze, poprzez Solidarność, wspólnotę wiary, ideałów i całej działalności Rzeczpospolitej Norwidowskiej. Powiem nawet prywatnie, że od czasów PRL mam obrzydzenie do języka urzędowego, urzędów, niby-mowy, szczególnie tam, gdzie jest on zupełnie zbędny.
Lubię autora (”pana Jacka”), ale uważam, że grubo przesadził. Gra nie fair. Trzeba przynajmniej mierzyć tą samą miarą nas i siebie samego. Nie można wytykać belki w oczach sąsiadki, nie widząc źdźbła u siebie, albo odwrotnie :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz