niedziela, 8 stycznia 2012

W stronę dialogu

Na stronie "Myślimy" przyjaciela syna z licealnej klasy, który pozwala mi asystować w necie ich przyjaźni i być w jakiejś mierze uczestnikiem ich intelektualnych poszukiwań, jest pytanie - "Ciekawe czy ktoś czytał..." i podany jest adres artykułu-recenzji. Przeczytałem z zainteresowaniem. Poniżej są jego duże fragmenty, a w nich zarys poglądów autora recenzji (Jerzy Ładyka) i omawianej książki.

„Religijność bywa różna. Taka, która współistnieje z rozumnością, i inna, która od rozumności się uchyla... Nikt nie kwestionuje faktu istnienia autentycznych postaw religijności. Przyznać jednak trzeba, że nie sposób określić na ile i w ilu przypadkach człowiek religijny nawiązuje bezpośredni kontakt z Bogiem. Reguła jest taka, że z prawdą Bożą zapoznaje się za pośrednictwem (może tylko z pomocą?) innych. Swą wiarę kształtuje pod wpływem przekazów i interpretacji wcześniej dokonanych. I przyswaja ich treści w sposób świadomy. Z czego wynika, że w myśleniu ludzi wierzących jest, obok wiary, jako przeżycia emocjonalnego również rozum. Właśnie rozum religijny, nastawiony w kontakcie z autorytetem do poznawania treści, które aprobuje w wewnętrznym odruchu wiary.

Chrześcijanin, zdaniem autorki [Uta Ranke Heinemann], otrzymuje prawdę z drugiej ręki, zgodnie z uchwałą soborową: „Tego, co Bóg objawił naucza Kościół katolicki". I jest to prawda cenzurowana. Bóg chrześcijanina jest więc także Bogiem ocenzurowanym... Kościół aprobuje wierzenie, odrzuca myślenie. Wyrządza krzywdę tym, którzy chcą wierzyć i wierzą zgodnie ze swoją miarą, ale nie chcą pozbawiać się człowieczeństwa, którego znakiem jest zdolność rozumowania. Kościół zarazem szkodzi swemu dziełu ewangelizacji, odpychając ludzi dlatego tylko, że pragną pozostawać sobą — istotami rozumnymi, obdarzonymi sumieniem...
W toku odtwarzania a właściwie tworzenia obrazu życia Jezusa dokonywała się charakterystyczna transformacja. Otóż, w miarę upływu czasu odsuwała się w cień istotna treść nauki Jezusa a na pierwszy plan wysuwały się fantastyczne pomysły, będące w istocie substytutami prawdy, upiększeniami, baśniami. Ich piękno i niezwykłość miały spełnić funkcję przyciągającą — jakby treść słów Jezusa i Jego postawa nie były dostatecznie przekonywujące. Rozrastały się, ze szkodą dla rzeczywistego cudu objawionego właśnie przez „zwyczajność" Jezusa, wątki ingerencji niebiańskich mocy w Jego życiorysie. Miało to stanowić decydujący argument o boskości Jezusa i Jego nieziemskim rodowodzie.
W swych analizach, rzetelnych, ale i bezlitosnych wobec wszelkiego bezsensu, skupia się autorka na wiadomościach uznanych w tradycji kościelnej za aksjomaty. Wyniki są szokujące. Naruszają utrwalone stereotypy mentalności katechetycznej, która aktywność religijną umieszcza w sferze deklaracji, gestów, obrzędów, wyrafinowanej liturgii — słowem, w sferze zewnętrzności kontrolowanej skrupulatnie i bezwzględnie przez Kościół. Uta Ranke Heinemann wyraża dążenia tych, którym chodzi o przywrócenie chrześcijaństwu idei odnowy poprzez indywidualne przeżycia wiary i ujawnienia jej w postaci uczynków — dobroci i miłości...
Jest to przecież teologiczna schizofrenia jeśli dobry katolik może powiedzieć, więcej — powinien powiedzieć: Jezus jest potomkiem Dawida, a nie wolno mu powiedzieć: Jezus jest synem Józefa". Teologowie sprawnie posługują się legendami, między które wprowadzają zwykłe absurdy („Przedstawiają narodziny Jezusa jako rezultat dziewiczego poczęcia, a mimo to, na końcu łańcucha genealogicznego nie występuje matka ale mężczyzna, który w dodatku wcale nie ma być Jego rzeczywistym ojcem")...”


Podoba mi się takie spojrzenie na sprawę wiary i religii (Kościoła), choć nie utożsamiam się z każdym stwierdzeniem autorów. Lubię wiarę i rozum idące razem przez życie człowieka rozumnego.
Najbardziej zapamiętam fakt z genealogii Jezusa, od Dawida z przeskoczeniem przez ogniwo Józefa. Będę pytał o to biblistów.

Nie ma wiary bez myślenia. Bez myślenia z religii robi się magia, a z wiary - zabobon.
Podkreśliłem "indywidualne przeżycia wiary", bo to mój "konik" od wczesnej młodości lub nawet późnego dzieciństwa (6/7 klasa?). Największe wsparcie dostałem dużo później od św. Teresy z Avila, Andrzeja Madeja i Jana Pawła II. Cypriana Norwida także zaliczam do moich apostołów (Do Emira Abd el-Kadera, Śmierć, a w pewien sposób także I List co mnie doszedł z Europy).

Według mnie rozumność wiary leży u początków rozumnie rozwiniętej (dojrzałej) osoby i społeczeństwa. Bez rozumności wiary mamy zabobonne osoby i społeczeństwo, pomimo oficjalnie deklarowanej religijności. Dlatego uważam, że współczesne problemy Polaków (Polski) biorą się nie tylko z komunistycznego dziedzictwa (PRL). Chyba trudniej osiągnąć rozumną wiarę niż odrzucić post-komunistyczne deformacje w życiu osobowym, społecznym i publicznym. Te drugie powoli rozpłyną się pod wpływem zmian, które niesie czas. Nad rozumnością w ogóle, a w religii jeszcze bardziej, trzeba się napracować. To nie jest kwestia wydania nowego podręcznika, albo katechizmu. Za tym idą struktury, formy społeczne, zwyczaje, (cała) kultura, pokolenia i pokolenia. Nawet wiekopomny Sobór Watykański II nie dał (jeszcze) rady zmienić nastawień całej masy biskupów, księży, a co za tym idzie pewnie seminariów, a zwłaszcza praktyki życia kościelnego. Cóż więc mówić o masach,owczarni, czy jak kto zwał (nie lekceważę ich, ale nie pozwolę lekceważyć także problemu - stąd mój język!).

I od razu przechodzę z problemów wiary, myślenia, kościoła - na teren gminy Strachówka, mojej gminy, ważnego kawałka mojej Polski!
I ja i Grażyna (moja dyrektorka, prezes i żona) daliśmy wyraz swoim przeżyciom ze spotkania w Trzech Króli na swoich blogach. Grażyna dołączyła list od Stowarzyszenia Przyjaciół Strachówki (piszę wszystko z wielkiej litery!) Ważne, że w Trzech Króli spotkali sie różni ludzie, różne stowarzyszenia i organizacje, a nawet różne pisma i stanowiska. Nasze życie publiczne nabiera rumieńców. Bogu niech będą dzięki!

W katolickim programie telewizyjnym "Między Niebem i Ziemią" wysłuchałem dyskusji na temat tzw. "kolędy", czyli chodzenia księży po mieszkaniach parafian. Grono dyskutantów było reprezentatywne - muzyk, ksiądz, aktorka i psycholog społeczny. Prowadził dyskusję redktor Marek Zając - jeden z moich ulubionych! Spojrzeniem psychologii społecznej patrzyła w studio dr Maria Rogaczewska (specjalizuje się w badaniach jakościowych dotyczących roli Kościoła i religii w sferze publicznej, kapitału społecznego w społeczeństwach postkomunistycznych, a także w badaniach ewaluacyjnych i strategicznych dla instytucji polityki społecznej i trzeciego sektora w Polsce), którą poznałem w Marózie, na Ogólnopolskim Forum Organizacji Działających na Wsi. Ona, wraz z prof. Anną Giza-Poleszczuk uratowały mój temat w dyskusji Open Space. Zaproponowałem "Jak rozmawiać o wartościach w gminie?" Z podpowiedzi obu pań skorzystaliśmy już na festynie rodzinnym. Wierzę, że będą kolejne etapy, rozdziały, książki. A nawet prace licencjackie, magisterskie. Doktorskie?
Jakie to ważne, żeby takie rozmowy odbywały się w każdej wspólnocie lokalnej, z udziałem samorządowców, oświatowców, duszpasterzy, rolników, artystów, lekarzy i wszystkich chętnych. Ależ pięknie zarysowałaby się wtedy przestrzeń publiczna, opinia publiczna - zwał, jak zwał. Gmina wyznaczałaby (osiągałaby) swój górny pułap.

Kto z nas ma odwagę mówić głośno, co myśli np. o kolędzie? Ja pamiętam te z dzieciństwa, gdy był to element życia publicznego. Jako dzieci czekaliśmy, wypatrywaliśmy księdza w białej komży w perspektywie ulicy Kościuszki w Legionowie. Nic po za tym. Może jeszcze czuliśmy niepokój ze względu na nieszczęsne zeszyty z religii i odpytywanie z katechizmu. W obecnym miejscu zamieszkania lubiliśmy, gdy przychodził znajomy ksiądz z Jadowa. Pamiętam ks. ks. Tadeusza, Andrzeja, Marka, a najczęściej był to dziekan, ks. Marian. Mieliśmy o czym rozmawiać. Wiele nas łączyło, zarówno w wizji kościoła, jak i działalności duszpastersko-publicznej. Z wieloma z nich mieliśmy regularny kontakt w ramach spotkań oświatowych, "perełki" samorządowej-gminnej polityki szkolno-wychowawczej. Eh, gdzie te czasy. Dzisiaj nic nas nie łączy z parafią w Jadowie, dlatego nie lubimy kolędy (do nich należy tzw. przywilej kolędowania na naszym terenie, choć granice parafii dawno się zmieniły).
Kolęda jest taka, jak cała działalność parafii. Albo jest, albo jest fikcją.

Dialog ma swoje punkty brzegowe. Na siłę się nie da.
Jeśli nie ma gotowości uznania prawdy - nie ma dialogu, nawet jeśli padają w rozmowie ustnej lub "na pisma", wiele słów. W cywilizowanym świecie zostało wprowadzone pojęcie "kłamstwa oświęcimskiego", obwarowane zapisami prawnymi. Niektórzy analogicznie mówią o "katyńskim". W naszej gminie, równie analogicznie trzeba wprowadzić pojęcie "kłamstwa solidarnościowego". Kto neguje prawdę, z tym dialog jest niemożliwy (bo jego miejsce może być nawet w więzieniu:). Kto neguje prawdę, ten sam się wyklucza ze wszystkich prawie wspólnot. Ten wprowadza też zgrzyt, fałsz, a nawet niepokój i lęk, co podkreślali niektórzy uczestnicy spotkania w Trzech Króli. Bardzo potrzebni są wtedy specjaliści, aby przynieść właściwą diagnozę i lekarstwo.

PS.
Czekam na swój "kultowy" film "Ranczo w dolinie", sięgający czasów kolędy na Kościuszki.
Co do języka - łatwo jest każdemu krytykować, ale proszę o zamienniki. Obiecuję, że rozważę i będę próbował zastosować. O takie mechanizmy łatwiej w rozmowie bezpośredniej, można wtedy wiele spraw uzgodnić "na gorąco" i przyjąć wspólne reguły debat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz