piątek, 20 stycznia 2012

Rachunek dobra

Wielki pokój i wypełnienie przychodzi na mnie po skończeniu i opublikowaniu postów. Tak było także wczoraj. To jakbym proklamował wyznanie wiary, albo bardzo ważny testament. Mój testament, ani nowy, ani stary, choć taki, który mógłby być ostatecznym. Zrodzony i zbudowany na obydwu pisanych z wielkich liter - Nowym i Starym.

Modlitwa wieczorna, kradziona telewizji, ma wiele do zaoferowania. Że np. cisza daje prosty początek podmiotowemu aspektowi wiary. Tylko wolitywno-pamięciowy nie starcza. Wola może przekładać się na posłuszeństwo, dając impuls codziennej (lub częstej inaczej) modlitwy. Uruchomiona przez podmiot pamięć posłusznie wyrecytuje znane teksty modlitewne. Ale gdzie jest rozum i samoświadomość w tej tradycyjnej metodzie?

Praktyka rachunku sumienia na koniec dnia jest lepszym mechanizmem życia wewnętrznego, zmusza do intensywniejszego użycia rozumu. Ale ma też inne konsekwencje antropologiczno-teologiczne. Ustawia, polaryzuje relacje między mną a Bogiem głównie w płaszczyźnie zła, słabości, winy, grzechu. Także oczywiście przebaczenia, uwolnienia od grzechu, czyli zbawienia. Niewątpliwie.

A jednak w moim życiu ważną cezurą stało się przejście z rachunku sumienia na rachunek dnia, który głównie koncentruje się na dobru. Kiedy szukam początków i zrozumienia tego przejścia, to lokowałbym je w lekturze św. Teresy z Avila, spotkaniu Andrzeja Madeja, OMI i mojej katechezie. Teresa pokazała, że Bóg jest bardzo na co dzień, a nie tylko w procesji Bożego Ciała i innych świątecznych obrzędach i zwyczajach. Szkoda, że jej prosta recepta, "wystarczy 15 minut dziennie modlitwy myślnej, aby osiągnąć świętość" nie jest szerzej popularyzowana. Andrzej? "Dobrze, że jesteś" - to jeden z jego pierwszych tomików. Katechezy? Co was dzisiaj dobrego spotkało? Najpierw uczniowie mówili, że nic, by podprowadzeni pod światło, odkrywali skarby.

Rachunek dobra powinien być jawny. Dobro broni się samo. Dlatego się ujawnia, a nie chowa przed nami. Dlatego zbawienie jest ofertą (darem) dla wszystkich. Coś jednak pozostaje dla nas do zrobienia. Uznać i wyznać.
Ot, prosty przykład. Dajmy na to, że uczestniczymy w jakimś zdarzeniu (spotkaniu, konferencji, forum, szkoleniu...). Każdy dostaje (otrzymuje darmowo i na swoją miarę) jakieś odwzorowanie zdarzenia i unosi w sobie. Każdy dostaje nawet gotowe formuły pojęciowo-językowe zapisujące zdarzenie. Katastrofa następuje zaraz potem. Nie troszczymy się wystarczająco o dar. Nie staramy się wiernie przechować (choć w glinianym naczyniu). A kiedy z obowiązku, powinności, lub na czyjąś prośbę staramy się zrobić notatkę do publikacji (objawienia) - to zaczynamy szukać swoich własnych słów i pomysłów na zrelacjonowanie sprawy. Nieszczęście. Niewierność nieuświadomiona i niezamierzona. Przecież dostaliśmy lepszą, najlepszą formę i formuły. Dlaczego kopiecie swoje sztuczne cysterny, kiedy dostaliście dostęp do źródeł? Wystarczy nie przepuścić między palcami wody życia. Światła?

Grażyna pojechała na Subregionalne Forum partycypacji publicznej w ramach "Decydujmy Razem", ja pracowałem w domu. To jest praca! Jezus z Nazaretu też nie miał umowy o pracę, ani wynegocjowanych warunków płacy. Żadnej płacy. A pracy?!

Zająłem się dzisiaj z rana sprawą wynikającą z korespondencji z Lucy i jej Lincoln, Nebraska, USA. Częścią tej duchowo-kulturowej wymiany (dialogu dwóch cywilizacji) stali się i są uczniowie ze szkół św. Teresy, tam, i Rzeczpospolitej Norwidowskiej, tu. Między dorosłymi padło pytanie o RRN, czyli Ruch Rodzin Nazaretańskich, znany w Ameryce jako FNM, The Families of Nazareth Movement.

Chciałem odpowiedzieć na pytanie o RRN/FNM najlepiej, jak umiem. Niestety, nie udało się sporządzić rachunku dobra. Wysłałem maile do dwóch księży, odpowiedzialnych, każdy w innym zakresie, za Ruch oraz do pary animatorów diecezjalnych. Adresów nie musiałem szpiegować. Wziąłem z oficjalnej strony archidiecezji. Od 4 stycznia nie dostałem odpowiedzi. Wstyd mi przed Lucy, Nebraską i kościołem w USA. Nawet przed świętą Teresą, która patronuje parafii i szkole w Lincoln, oraz Ruchowi. Ona mogła prowadzić "życie ukryte", łaska - nie.

To, co wiedziałem, oraz fakt braku odpowiedzi opisałem w mailu do Ameryki. Muszę jednak odpowiedzieć jednoznacznie, z całą szczerością i wiedzą, jaką uda mi się zgromadzić. Nie spocznę, to nie tylko sprawa prywatnej korespondencji paru osób. To sprawa jasności i jawności w Jednym, Powszechnym i Apostolskim Kościele. Jeden jest Bóg, Prawda, jedna jest wspólnota szukających sprawiedliwości i zbawienia.

Napisałem dzisiaj do biskupa, który jest pełnomocnikiem Episkopatu Polski do spraw Ruchu RN. Zdałem sprawę. Jeśli on odpowie, że mam poprzestać, tak odpowiem Lucy i moja rola się skończy.

Rachunek dobra jest wymagający moralnie. Prawda nie jest niczyją własnością. Upominam się o nią w życiu tzw. wspólnoty lokalnej żyjącej w Strachówce, w szkole i całej Rzeczpospolitej Norwidowskiej (choćby głośnej "Krzywdy" dawnych mieszkańców tzw. Wspólnoty Mieszkaniowej w budynku gminnym, doktora z Jadowa...), w powiecie, Polsce, w kościele lokalnym i powszechnym. Nie możemy milczeć w sprawach publicznych (świeckich i kościelnych). Każdy z ochrzczonych otrzymał udział w kapłańskiej, prorockiej i królewskiej misji Jezusa z Nazaretu. "Bądź wierny. Idź!".

Rachunek dobra musi w moim przypadku objąć i dziedzictwo Solidarności i bilans 30 lat katechizowania w Kościele Katolickim w Polsce. Staram się być wierny, od początku, do końca. Dopokąd idę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz