sobota, 7 kwietnia 2012

Kwerenda w blasku księżyca / Miłość intelektualna

"Człowiek współczesny i wszystkich wieków potrzebuje czułości Boga. Jego czułego dotknięcia. Jego obecność musi się zmaterializować we wnętrzu każdego z nas" - usłyszałem w bardzo krótkim wywiadzie z kardynałem Camillo Ruini tuż przed Drogą Krzyżową w Koloseum. Zrobiłem wielkie oczy, kopara mi opadła - lubię taki język. Zacząłem kwerendę w Internecie. Przecież nie mówi się takich słów, hop-siup, to musi być jego ważne przesłanie, musiał pozostawić ślady w innych wypowiedziach, trzeba tylko dobrać dobry klucz językowo-stylistyczny w Google.

Wcześniej wysłuchałem w TVP Info dyskusji o kościele doświadczanym przez różne osoby zaproszone do studia. Byli wśród nich aktor grający Tracza w "Plebanii", w rzeczywistości wyjątkowy Polak-Kowalski, który dawał każdą wypowiedzią dawał świadectwo najbliższe życiu, bo wrócił do kościoła parę lat temu i "znów odnalazł swoje życie". Był dr Kazimierz Szałata z Zielonki, od Gogacza, kolega z ław studenckich ATK. Był ksiądz profesor i panowie profesorowie Kik i taki z bródką i dziennikarz znanego tygodnika. Prowadzący był do kitu, bo jak się nie wie o czym się mówi, to stokroć lepiej milczeć. Katechety-praktyka nikt nie zaprasza. Może ktoś tutaj przeczyta?

Co to jest kościół? - w takich dyskusjach zupełnie nie wychodzi. Jest melanż. Ludzie związani z kościołem lubią powtarzać, jak mantrę, "kościół to nie hierarchia, to wspólnota wiernych, wszyscy nim jesteśmy" - co mydli oczy, aż miło. Bo kościół, to i to, i to i wiele rzeczy. Jest rzeczywistość teologiczna, socjologiczna, instytucjonalna. Mówimy w takich dyskusjach i o sobie i swojej osobistej wierze, przeżywanej przecież w realiach ziemskiego kościoła, najczęściej parafialnego. Mówimy o proboszczu, biskupie itd, którzy żyją w oderwaniu od nas i przeważnie decydują (dyktują) o większości spraw, które nas dotyczą, tak lub inaczej, ale o co przeważnie nas nikt nie pyta. Dają nam odczuć przy przeróżnych - konkretnych - okazjach, że są prawie nie z tego - naszego - świata. Ale jak przychodzi do dyskusji, zwłaszcza spraw trudniejszych, czasem konfliktowych, to oni, że to nie oni, to wspólnota wierzących (abstrakcyjnych) na całym świecie.

"Kościół mówi, że..." w najważniejszych sprawach Soborami, Synodami, encyklikami i na poziomie krajowym listami biskupów. I to jest OK. Ktoś musi w stosownych gremiach przedyskutować i zająć oficjalne stanowisko. To mówi Watykan (Roma locut) i biskupi, a my się przeważnie zgadzamy, jeśli usłyszymy lub, tysiąckroć rzadziej, przeczytamy ze zrozumieniem. Ale nie przesadzajmy z tą jednością, bo chociażby w Polsce większość duchownych jest jaskrawo jednopartyjna, czego wyniki wyborów, jako żywo, nie odzwierciedlają. Prawdę także w tej sprawie bada Instytut Statystki Kościoła Katolickiego. Choćby na tym przykładzie trzeba mówić o wielkim roz-dźwięku. Jego symbolem są zamknięte plebanie i "pałace" biskupie. "Chodź i zobacz jak mieszkam"? - to tylko Ewangelia :-)

Trawa jak rzeżucha wyrosła nam pod oknami, przebijając się przez warstwę zeschłych liści.

Gdybyśmy byli wspólnotą, pięknie to by było, jak być powinno i wszystko by się zgadzało. Ale tak nie jest. Oni to oni, my to my. Więc jak może do czegoś sensownego prowadzić rozmowa w telewizji, wynikająca z poprawności politycznej prezesa i zarządu publicznej telewizji, skoro nie ma rozmowy o kościele na poziomie parafii i pewnie diecezji (bywają synody diecezjalne, zwykle nakazane jakąś szczególną okazją).

Rozmawiając o kościele nie rozmawiamy o abstrakcji, ale przeważnie o tym, czego doświadczamy na co dzień. Szczęśliwi katolicy, którzy doświadczają wspólnoty w parafii. Gdzie plebanie nie są zamknięte na cztery sztaby, a jeszcze szczęśliwsi może są ci, którzy mają dostęp do biskupa, nie zamkniętego w "pałacu" (podobno tak miało być po zmniejszeniu wielkości i zwiększeniu liczby diecezji!). ILU ICH? GDZIE JESTEŚCIE - SZCZĘŚLIWIE DOŚWIADCZAJĄCY (POZA LITURGIAMI) WSPÓLNOTY W INSTYTUCJI KOŚCIOŁA? Bo szczęśliwych cichutkich, w samotności swojej "izdebki", na pewno jest więcej.  Otóż to - bo kościół to nie tylko masa, ale także ty i Bóg, we wspólnocie tobie i mnie podobnych we wszystkich czasach, ponad tym, co jest, ale także z tym, co było i będzie. Instytucja jest tylko dodatkiem służebnym z definicji, ale jak zawsze i wszędzie instytucje i urzędy zaczynają żyć swoim życiem i chciałyby życie reszty sobie podporządkować. To prawa socjologiczne, ponad ustrojowe i ponad wyznaniowe. Homo sum, humani simus.

Bogu dzięki, że Jasiek doświadcza wspólnoty wierzących (kościoła) w kaplicy akademickiej w Glasgow  na Uniwersytecie, który w dewizie ma "Via, Veritas, Vitae" i może przeżywać Mękę Pańską śpiewając i adorować - grając na gitarze, bo w Strachówce już by nie mógł. Paradoks? Realność, od której Łazarz się odbił wczoraj jak od ściany, choć dawał świadectwo na swoim blogu, czym liturgie w małej wiejskiej parafii są dla niego, dlaczego tak ważne i czym przewyższają te, w wielkich miastach. Na razie nie ma szans na wspólnotę. Wiem, że czas i wspólnota wrócą, ale czemu ta dowolność, a czasami wielki chłód, w moim kościele?

Mówienie, że kościół to przecież nie hierarchia, że to wspólnota wierzących - ma bardzo głębokie implikacje. Najgłębsze dotyczą sposobu doświadczania (dostępu) do Boga. Delikatny temat dla wszystkich duchownych, bez względu na kolor hierarchicznych szat, którzy nie pokochali (nie znają) nauki i ducha Soboru Watykańskiego II lub - o zgrozo jawnie heretycka - są mu przeciwni. Czyli hołubią z wielką pewnie lubością (lubieżnością?) - nie ducha ewangelicznego, raczej staropolskich tradycji plebana i pana, i jeszcze wcześniejszego - frędzli.
Wspólnota to pospolitość, która nazbyt im skrzeczy. To - służebność, tożsamość prezbitera w watykańskich dokumentach.

W Wielki Piątek 2012 tekst Drogi Krzyżowej w Koloseum zaczyna się dobrze. Najbardziej usłyszałem i zapamiętałem te słowa - "Jezu, wydajesz się Bogiem zachodzącym za horyzont: Synem bez Ojca, Ojcem pozbawionym Syna. Ten Twój okrzyk bosko-ludzki, który wstrząsnął powietrzem na Golgocie, stawia nam pytanie i zadziwia nas jeszcze dzisiaj, ukazuje nam, że wydarzyło się coś niesłychanego." Gdybym to ja napisał na blogu, na pewno bym obraził i siał nienawiść w Strachówce (!?) . Ale to słowa włoskiego małżeństwa, przy papieżu, tam nasi nie dotrą ze swoją spłaszczoną wizją człowieka, świata i kościoła.

Próbuję usłyszeć, zobaczyć, poczuć, zasmakować i wszystkimi władzami swego żywota przeżyć tajemnicę życia i śmierci. Proszę, wołam i ja, by podzielili się sobą inni chrześcijanie żyjący obok - nadaremno. Samotność wtedy, samotność dzisiaj -  jest wyrokiem na każdego, kto próbuje przebić ciszę kosmosu ciał niebieskich i spraw ludzkich, także w kościele. Bez złudzeń, niewielu można spotkać na  drodze bosko-ludzkich okrzyków. a przecież każdy z nas jest na obraz i podobieństwo. I przyjacielem, dziedzicem Królestwa Bożego.
Wiele osób się wczoraj zastanawiało, co miały znaczyć słowa o nienawiści w Strachówce, w gminie i parafii w wielkopiątkowym kazaniu. Wiele tajemnic nas otacza i wyznacza horyzont życia. Jedne prawdziwe, drugie wydumane - jak rozróżnić, skoro nikt nie chce rozmawiać? Pewnie jutro i w niedzielę dorzuci swoje życzenia Prymas i Prezydent. Rodacy - czy wiecie dokąd zmierzamy? - w czasach bez autorytetu, który zmarł siedem lat temu, a czytać, co napisał/zostawił, mało komu się chce.
Jeden się na mnie obraża, inny biadoli, trzeci powtarza "siewca nienawiści". Nikt nie chce rozmawiać! A mnie księżyc nawet mówi o zmartwychwstaniu. Wszędzie widzę znaki, czytam naturę i kulturę człowieka, bo jest możliwa postawa miłości intelektualnej do... całego istnienia.

Pierwszym znakiem jest w tej chwili księżyc. Jasna noc. Pierwsza pełnia po przesileniu wiosennym wyznacza według pewnej umowy datę świąt Wielkiej Nocy. Wyznaczanie i układanie kalendarzy jest ciekawym przykładem dopełniania się natury i kultury. Obroty Ziemi wokół własnej osi i wokół Słońca, Księżyca wokół Ziemi dały początek, a tworzenie świata, "odpoczywanie" Boga i ludzi, narodziny Jezusa i Zmartwychwstanie dopełniło reszty. Niby proste - kiedyś, wcale nie - dzisiaj.

Przed wigilią wypatrujemy gwiazd(y) ,  przed Wielkanocą - księżyca.
Dajmy się ogarnąć i przeniknąć Misterium. "Ogarnia nas Misterium i pozwala ożywić w sobie każdy krok Twojej Męki" - dobrze napisało małżeństwo autorów tekstu DK'Koloseum'2012.

Nie każde misterium jest nam przyjazne. Papież "kochany" przemówił kiedyś do uczestników konferencji nt. Depresji tak - „W depresję człowieka wpędzić mogą również media lansujące konsumpcjonizm, natychmiastowe zaspokojenie pragnień i pościg za coraz większym dobrobytem materialnym”... depresja prowadzi do „kryzysu egzystencjalnego i duchowego, który wyraża się utratą sensu życia”, i obnaża „kruchość człowieka, psychologiczną i duchową”... trzeba odkrywać „nowe drogi, na których każdy mógłby zbudować swoją własną osobowość, pielęgnując życie duchowe – fundament dojrzałej egzystencji”... poszukując Kogoś, kto mógłby oświecić codzienną drogę, wskazać rację życia i pomóc pokonywać trudności”.
"Depresja jest zawsze próbą duchową”, dlatego „należy wyciągnąć rękę do chorych, dać im odczuć czułość Boga, włączyć ich do wspólnoty wiernych”. Zalecił lekturę i rozważanie Psalmów, „których autor wyraża w modlitwie swoje radości i niepokoje”, odmawianie Różańca, który „pozwala odnaleźć w Maryi kochającą Matkę, uczącą, jak żyć w Chrystusie”, oraz udział w Eucharystii, stanowiącej źródło wewnętrznego pokoju."

No i na drodze poszukiwań inspiracji Camillo Ruiniego trafiłem znów na Papieża-Polaka. Nie ma zbyt wielu odważnych, by iść tą drogą i używać odkrywczego języka pielgrzymów Absolutu, materializujących obecność Boga we wnętrzu człowieka, czułości Boga i miłości intelektualnej wszystkiego. Jeden z nich niedawno zmarł, miał wspaniały pogrzeb w Lublinie. Ci odważni się znają. Arcybiskup Życiński mówił o kardynale Ruini - "wierna realizacja wizji Kościoła ukazanej w Konstytucji Soboru Watykańskiego II "Gaudium et spes”... kulturowe wyzwania epoki wielkich przemian wyznaczają mu kierunek... w szczególny sposób związany z pontyfikatem Jana Pawła II... tkwi w sercu wielkich przemian współczesności... a papieska wizja nowej ewangelizacji zostaje wyrażona w języku konkretnych zadań, jakie winien podjąć Kościół dzielący "radość i nadzieje” współczesnego świata".

Kogoś to zaskoczyło? Chyba tylko ludzi zacofanego myślenia, wrogów po-soborowego rozwoju Kościoła i Ludzkości. Sekciarzy. Kto myśli - wie, jak kardynał Ruini "że obecna rewolucja informacyjna niesie zapowiedź nadchodzącej rewolucji biotechnologicznej, która zmienia nie tylko sposób życia, lecz również mentalność i hierarchię wartości. Wymaga to konsekwentnego uwzględniania nowych wyzwań, które cywilizacja współczesna stawia w dziedzinie wychowania, życia w rodzinie, rozwoju społecznego... a Kościół jest awangardą historii, bo współczesny agnostycyzm okaże się kierunkiem równie nietrwałym i przejściowym, jak w przeszłości marksizm". Katecheta w Rzeczpospolitej Norwidowskiej też tak myśli i wie i dlatego prowadzi tego bloga w samotnym "Osobnym świecie" na Równinie Wołomińskiej."

"Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. Sam Bóg zaszczepił w ludzkim sercu pragnienie poznania prawdy, którego ostatecznym celem jest poznanie Jego samego, aby człowiek - poznając Go i miłując - mógł dotrzeć także do pełnej prawdy o sobie".
"W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy wędrowcami. Ludzkie życie to długa droga, na której każdy człowiek, pielgrzym Absolutu...". Język jest po to by wyrazić, co pomyśli głowa i co cała osoba przeżyje. Więc lubię język, który coś osobowego nazywa, nazywając odkrywa, jest explorerem w świecie osobowym. Przeciwieństwem ple-ple-ple gadania, międlenia, w kółko (bez-myślnego) powtarzania za innymi. Są strome i niebezpieczne społecznie drogi homo sapiens i ścieżki wydeptane łatwizny a-intelektualnej, a może nawet anty-, pseudo-dyplomów, bez liźnięcia nawet ducha akademickiego (dzisiejszych uniwersytetów, których byt zaczął się przy średniowiecznych katedrach). Uniwersytet, to nie produkcja dyplomów - universitas magistrorum et scholarium - to wspólnota 'ogół nauczycieli i uczniów'.

Pamiętam smak pączków i herbaty u schorowanego ks. prof. K.Kłósaka w Krakowie, na ulicy św. Marka i baraninę w sosie miętowym w pubie w Canterbury, bo i tam wyjście na wspólny posiłek grupy z tutorem było prawie najlepszą i starą tradycją nakazaną powinnością i zaszczytem w każdej grupie. Bez drobnego choć doświadczenia takiej wspólnoty, nie jest się absolwentem żadnej Alma Mater. Ma się dyplom. Na inteligenta trzeba zapracować "w pocie swego [i przyjaciół studentów i profesorów] czoła" (CKN).
Ale bo też bez takich wydarzeń nie jest się ani wspólnotą szkolną, parafialną, gminną i żadną. Chodź, zobacz gdzie mieszkam, jak jadam, rozmawiam, śpiewam, spaceruję...  CZEKAMY NA DOBRĄ NOWINĘ SPOTKANIA, ROZMOWY I BYCIA WSPÓLNOTĄ. Pojedynczo ani instytucją nikt się nie zbawi.

Zbigniew Brzeziński wydał nową książkę o sytuacji Ameryki w świecie - "Reform is needed, he writes, not only to ensure growth but to foster the “social consensus and democratic stability” at home without which the United States cannot be a force abroad".  A B16 w Koloseum powiedział o złej sytuacji wielu rodzin. W Wielki Czwartek zaś o kryzysie w kościele. Mówił też o nim prymas Polski tego samego - kapłańskiego wszak dnia. Ciekawe! Przyjmuję te słowa z wielkim spokojem. Jak wielcy polscy Adam i Cyprian nad wodą wielką i czystą. Kryzys w instytucji to coś normalnego i zawsze jest potrzebny, żeby nie skostniała. Kryzysu na poziomie osobowych relacji człowieka z Bogiem nie ma i być nigdy nie może, bo jest nim tylko każdy grzech rozpuszczający się nieuchronnie w Oceanie Miłosierdzia, byle w nim się obmywać, byle tylko się pozwolić przenikać i nieść . Bóg jest Prostotą nie instytucjonalną, osobową.

PS.1
Na zdjęciu uniwersytet w Bolonii, wykład Henrego z Niemiec sportretowany przez Laurentiusa z Voltolina.

PS.2
Dlaczego zahamowani intelektualni (lub inaczej) wrogowie Soboru Watykańskiego II, także w polskim duchowieństwie, zabierają nam i światu "Radość i nadzieję" którą JPII rozwoził po globie? Kto, jakie układy im na to pozwalają?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz