czwartek, 19 kwietnia 2012

Rozmowa ze Strachówką i wiecznością... w zeszytach, komputerze lub na karteluszkach

- Jedziemy do szkoły.
- Pomódlcie się po drodze, nie wiadomo, co was tam czeka.
- Wszystkiego się można spodziewać.
- Wiem, ale nie przegapcie miłosierdzia. Módlcie się, żeby nie przegapić miłosierdzia.

Ot, zwyczajny dzień, zwyczajowe rozmowy u Kapaonów z annopolskiego Ogrodu. Tacy byli Jackowscy, Królowie, tacy i my, choć każdy dostaje i dopracowuje swój styl życia i rozmów na ścieżce przeznaczeń (czyli bardzo realnych, konkretnych, namacalnych i mniej - doświadczeń).
Modlitwy po drodze, w samochodzie - włączając dziesiątek różańca wraz silnikiem - nauczyłem się od Kanadyjczyków. Byli z Quebec. Cała piątka, ale Martial nade wszystko, odcisnęli się bardzo na moim życio-rysie. Spotkałem ich, a raczej spotkał nas, zetknął Francois Bray, spontaniczny Francuz mieszkający w Tours. Zabrał mnie właściwie ze zjazdu autostrady wieczorem, czego nikt rozsądny by nie zrobił. - Polak? Mam już u siebie Niemca, Kanadyjczyków, Anglika, będzie Polak, ale fajnie.
Ich rodzina była tak duża, jak dzisiaj nasza. Byli związani ze szkoła, prowadzili też "mieszkania u rodziny" dla zagranicznych studentów, ale nie tylko o to im chodziło. Wynajmujący mieszkanie muszą przecież płacić. Autostopowicz z czarnej ulicy, a raczej bezdroża, nie ma pieniędzy, ale może się przydać przy remoncie. Za dach nad głową. I tak zamieszkałem w małej wieży Babel. Strach mnie obleciał, gdy kierowca wjechał w podejrzane uliczki, podejrzanej dzielnicy. Zatrzymał się przed starą, lekko się rozpadającą bramą, jak w wiosce na Kaszubach w Krainie w Kratę, gdzie od ulicy są same mury i bramy. Jeszcze gorzej mi się zrobiło, gdy bramę otworzył bardzo brodaty człowiek masywny (homo robustus). To był homo Robertus:) Wyglądał, jak typowy narkoman w tamtych czasach wyglądać powinien. Wyobraźcie sobie starą bramę i przejście w budynku (pod sklepieniem części zabudowań). Bruk z powybijanym kamieniami, worki cementu, kubły z wapnem, narzędzia, gruz i tak dalej do takiż schodków, muru w oddali zarośniętego ogródka, za którym, jak się dowiedziałem, był cmentarz. W takimż pomieszczeniu szesnasto- a może piętnastowiecznego budynku poznałem resztę. To byli narkomani z Kanady, ale uzdrowieni. Jeden był czynny, Pierre, ale był Francuzem. Niemca i Anglika chwilowo nie było.

Tak się zaczęła cudowna przygoda wśród cudownych ludzi. Kanadyjczycy byli okazem, pokazem, świadectwem Bożego uzdrawiającego działania w ośrodku prowadzonym dla takich, jak oni i tysiące innych, przez Jezuitów na amerykańskim kontynencie.

Miłosierdzie wisi nad nami wszystkimi. Jedna (?) z córek Francois i ?? Bray przyjechała kiedyś z grupą francuską wziąć udział w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę, druga wstąpiła do Karmelu. A może do tej pory wszyscy miłosierdzia dostąpili i są już całkowitymi świętymi? Bo jakaś cząstka świętości jest w każdym z nas. Która osoba nie ma w sobie śladu podobieństwa i obrazu Boga? Kto się przyzna, że ma w sobie tylko geny homo robustus, albo australopiteka?

Nie przegapcie miłosierdzia. Jej matematyki zbyt słabo nauczamy w świecie. Oczywiście są miliony milionów w pochodzie pokoleń, które dostąpiły, rozpoznały, uznały, podziękowały i już w wieczności dziękczynnej żyją, nawet jeśli nie pomarli. Ale są miliony milionów, które nie.
Nie przegapcie miłosierdzia, bo ono nad nami wszystkimi. Jak i w czym się dzisiaj objawi? Któż przewidzieć może. Jedno co pewne, że się objawi. Albo precyzyjnie mówiąc, chce objawić i zstąpi, ale nie wszyscy dostrzegą, poczują, zrozumieją. Jedni, bo nieuważni. Inni, bo nawet nie chcą. Są zapatrzeni tylko w swoje manometry, wskaźniki, latarki i diody.

Są różne modlitwy, do stosowania przez wszystkich i dla wszystkich:
- modlitwa uzdrowienia (nawet złych wspomnień)
- modlitwa odpocznienia
- modlitwa uwolnienia
- modlitwa wstawiennicza
- dziękczynna, błagalna, przeprośna, uwielbienia...
- słowna, myślna, śpiewana, litanijna, recytacyjna, medytacyjna
- samego, spojrzenia adoracyjna, kontemplacyjna...

Tylko brać, przebierać, stosować. Wczoraj klasie piątej się podobało, gdy podpowiadałem w trakcie wykonywania polecenia - „tu jest krzyż, popatrz, pomyśl, zapisz”. Polecenie brzmiało - „zapisz, co się w tobie działo w chwili dłuższego stania w milczenia przed krzyżem, na początku katechezy” - w „modlitwie początku” każdej z nich, od 30 lat. Piszę jak zakochany? Tak, jestem, ale niektórzy chcą mnie koniecznie pozbawić tego aktu miłości! Boże, jak oni nic nie rozumieją.
Stawałem pod krzyżem w milczeniu z klasą/grupą tysiące tysiące razy. Takie spojrzenie na wszechświat jest najpiękniejszym ujęciem filmowym, dlatego nudzą mnie przeważnie wieczorne produkcje w telewizji, są takie płaskie. Przeraźliwie.

Zdaję sobie sprawę, że mój „Dzienniczek” jest pisany językiem XXI wieku.  Wszyscy jesteśmy, możemy być Faustynami. Nie sprzedając nikomu duszy, tylko ją oddając dobrowolnie na wytwarzanie dobra, piękna i prawdy.

Wypisy z dzienniczków (zeszytów i karteluszek) uczniów (najpierw pewna jakaś klasa):
- czujemy miłość od Boga
- Bóg przekazuje nam świat religii
- pomyślałam o Bogu „dobrze, że Go mamy”
- odczuwałem zdziwienie, zadowolenie, radość, poczucie prawdy i wierności
- myślałam o słowach, które usłyszałam na początku i o życiu, o Bogu, chciałam z Nim rozmawiać, choć się też rozpraszałam
- że od Boga pochodzi miłość, mądrość, życie, modlitwa, rozum, ludzie, Biblia i to, co święte
- pomyślałam o mojej rodzinie, mojej babci, mamie, tacie, bracie i o wszystkich
- czułam, że byłam razem z Nim, gdy cierpiał i gdy się cieszył
- czułam wielką radość, że w tej chwili ciszy mogłam rozmawiać z Bogiem. Myślałam o słowach katechety, bo chciałam je zrozumieć i po namyśle zrozumiałam
- poczułem, że Jezus jest ze mną
- podczas tej modlitwy spojrzałem na krzyż i spytałem „czy mi dajesz miłość”. Jak się modlę to odczuwam radość
- wyciszenie
- myślałam o Bogu, który za nasze grzechy został powieszony na krzyżu i myślałam o modlitwie
- od Boga pochodzi szczęście i miłość do bliźniego swego

Nie wolno (czy gdybym napisał „nie powinno”, to byłbym bardziej poprawny i znośny) rozdzielać całego dnia w szkole - dnia życia - na kawałki, jak się komu podoba. To było na lekcji, to na katechezie, a to na Radzie Pedagogicznej. Na litość boską! - nie niszczmy realizmu – bo wszyscy zgłupiejemy do reszty. Nazywajmy bezstronnie - na ile możemy i potrafimy – rzeczywistość daną nam i zadaną (jako pedagogom). Róbmy obiektywny protokół, jak z wczorajszej rady. Nie zapominajmy także my-ciało Kościoła, że jesteśmy ochrzczeni i deklarujemy się jako wierzący. Wiara i rozum muszą zawsze iść w parze, bo tylko w ten sposób jesteśmy w stanie oderwać się od ziemi i szybować ku kon-templacji prawdy. Dana nam została na wyposażenie naszego ludzkiego bytu i istnienia-życia zdolność do miłości intelektualnej człowieka, świata i Boga. To jest dopiero – według mnie i papieży – prawdziwa szkoła. Poznawanie tego, co istotowe i konstytutywne, a nie tylko powierzchownie i zmysłowo dane. Świat może sobie w różnych częściach i zakątkach siebie eksperymentować z laicyzmem, agnostycyzmem, materializmem, relatywizmem i hedonizmem itd. Ale my – nie. My? – Polska św. Faustyny od Miłosierdzia Bożego i Jana Pawła, który (ją i jej naukę) uświęcił, rozwiózł po globie i zasiał ziarno solidarności, świętości, braterstwa, wolności i godności osobowej i całą naukę Soboru Watykańskiego II dla Ludzkości, nie tylko dla Kościoła Powszechnego (jego dokumenty napisane są w większości językiem religijno-kościelnym, ale na podglebiu całej kultury współczesnego człowieka).
Nb. i Tomasz Mann miał swój wyrazisty i rozpoznawalny język i styl, i święta Teresa z Avila i ja i ty. Czasem chcemy odrzucić tylko styl, a odrzucamy całego człowieka.

Teraz druga inna klasa (nawet mnie to nie interesuje, która. Stawiam piątki za szczerość, nie za przynależność klasową, plemienną itd):
- czułem, że jest przy mnie (stoi) Bóg
- Bóg jest jeden i miłościwy. Gdy Go proszę, zawsze pomaga, tylko ja nie doceniam (nie odmawiam modlitwy)
- w ciszy patrzyłam na krzyż i myślałam, jak bardzo musiał Jezus cierpieć za nasze grzechy, gdy wbijano gwoździe i co musiała czuć Matka Jezusa Maryja, gdy na to patrzyła i płakała
- jak patrzyłam na krzyż, to myślałam, co Bóg myśli o moim zachowaniu proszą Pana Boga, żeby każdy był zdrowy i nikt nie głodował i aby każdy miał gdzie mieszkać i o dobre oceny dla wszystkich dzieci w szkole
- Bóg jest koło mnie i jest w moim sercu. Bóg jest miłosierny i jest jeden i kocha nas myślałem o krzyżu, o ukrzyżowaniu Jezusa, o grobie, o zmartwychwstaniu i niebie
- jak stoję przed krzyżem to myślę o Jezusie. Spotykam się z moim Panem. Chcę być z moim Panem. Miłuję mojego Pana.

Sprawdzając zeszyty i robiąc swoje znaczki katechetyczne – serce - bo Jezus cię kocha, krzyż - bo umarł za nas, ryba - bo tak się znaczyli pierwsi chrześcijanie, jak ryby w sieci Boga, który umarł za nas na krzyżu ICHTIS - zauważam, że dziwnie współgrają z treścią ich zapisów. Abyśmy byli jedno :)

W moim odczucie wczoraj zbliżyliśmy się do istoty konfliktu, który nas niszczy, wszystkich. Że jest to próba uratowania wielkiej - a dla nich nieznośnej - idei Rzeczpospolitej Norwidowskiej i naszego życia przeciwko... ?? Ktoś, kto się na własne życzenie wyobcował z życia wspólnoty szkolnej chciał wszystkich nas i naszą ideę szkoły osądzić, a jak sprawy poszły w niekorzystnym dla tego kogoś kierunku, to wyszedł. I dalej straszy. Nic tu zrobić nie możemy. To rodzina powinna przede wszystkim interweniować i takiemu komuś pomóc, bo to jest krzyk bezradności. Gdzie są przyjaciele?
Zamiast pomóc komuś potrzebującemu pomocy, chcą zrzucić na innych (na mnie, na nas, na dyrektora, na całą Radę Pedagogiczną) cały ciężar i odpowiedzialność. Za wszystko. Mój głos w dyskusji publicznej na blogu jest dla nich tylko pretekstem stałego ataku. Stałem się chłopcem do bicia, no bo mnie widać i słychać na blogu. Ale nie bądźmy naiwni, nie chodzi o mnie. Chodzi o Strachówkę  i "rząd dusz".
Czy wczorajszy dzień był przełomowy w tym fundamentalnym sporze? Wątpię, ale był kroczkiem w dobrą stronę. W stronę obiektywizacji, przeciwko czyjejś krańcowej subiektywizacji. W stronę prawdy. Dyrektor ma być dyrektorem, ma obowiązki spisane w ustawach, rozporządzeniach, statutach i regulaminach. Przede wszystkim w sercu i sumieniu. Nauczyciele-wychowawcy, ksiądz proboszcz, katecheta, wójt - każdy ma swoje obowiązki i zakres odpowiedzialności nie ustawowej, ale osobistej, jako człowiek.
Kto - w całej wolności osobowej jaką dostaliśmy - i jak, z tego skorzysta? Jaką formę modlitwy i działania wybierze?

W moim odczucie dobrze zareagowałem wczoraj, mówiąc o możliwości wezwania policji. Przerwałem incydent, który niósł nieobliczalne możliwości. Mógł zrobić to każdy. Powinien. Nie wolno było czekać, aż się stanie nie wiadomo, co. Aż się rozkręci, rozkręcą ludzkie emocje i niewiadome zachowania. Dużo było nieprzewidywalnych słów i zachowań. Nie prowadzi się wtedy chaotycznych rozmów, nie przedłuża chaotycznych zachowań. Podstawowym nakazem jest wtedy przerwać tę upiorną chwilę. Klapsem, okrzykiem, odwróceniem uwagi, szklanką lub kubłem wody. Rozmawiać można i trzeba po ochłonięciu i powrocie do równowagi. Mnie przyszedł do głowy najprostszy argument, przywołanie do porządku rzeczy i prawa, czyli wspomnieć o możliwości wezwania policji. Przecież między innymi po to jeden z ministrów nadał nam status urzędników państwowych, żeby uczniowie nam nie wkładali kubłów na głowę, a rodzic nie przerywał obrad ciała statutowego instytucji wyższej użyteczności publicznej i nie stosował gróźb - zastraszał podczas obrad Rady Pedagogicznej!?! - wobec nas. Dziś mnie to spotkało, jutro kogoś innego. Zło eskaluje. Szanujmy się. Szanujmy też prawo, skoro zostało ustanowione, nie stając się wszak biurokratami. Prawo jest szczególnie tam niezbędne, gdzie stoi na straży bezpieczeństwa i wartości. Nie mam żalu, ani pretensji do nikogo. "Podstawowym aktywem takiej instytucji użyteczności publicznej, jaką jest szkoła, jest reputacja. Proces jej budowy odbywa się na przestrzeni wielu lat." Kryzysy są w niej zjawiskiem normalnym, byle nie zgłupieć i się nie poddać komuś próbującemu złamać reputację, zakwestionować "świętość" symboli i wartości i narzucić własny relatywizm. Klasyczne starcie tego, co obiektywne (SZKOŁA ZNANA I PODZIWIANA DALEKO, SZEROKO, GŁĘBOKO), z tym, co subiektywne (plany osobistej kariery, znaczenia, pozycji). "Sytuacja kryzysowa źle wpływa na reputację szkoły, w jej wyniku cierpią najbardziej niewinni młodzi ludzie. Ofiarami kryzysu są przede wszystkim uczniowie, ale mogą to być również nauczyciele, administracja szkoły, rodzice czy środowisko lokalne, które jest w danej sytuacji rozczarowane i jego zaufanie do szkoły jest mocno nadwyrężone... Nie jest to jednak żadna siła wyższa, której koniecznie się trzeba poddać."

Nikogo nie potępiam, ani nie nienawidzę. Z każdym chcę szczerze i mądrze rozmawiać sięgając do wielu źródeł i autorytetów. Każdemu przebaczam. Robię swoje, jak umiem najlepiej. Gdyby stowarzyszenie sps (a najpierw rodzina i przyjaciele) przyjęło propozycję rozmowy szczerej, w ich, jej najbardziej przyjaznym gronie, wiele napięć by się rozpłynęło i nie obciążało szkoły. To samo z Radą Gminy. Ile spraw mielibyśmy za sobą! Cóż, każdy jest wolny i robi jak chce. Ale nie czas żałować nawet najwrażliwszej róży, gdy las nowego pokolenia płonie.

Nie trzeba odwoływać się do nienawiści, żeby tłumaczyć niechęć do rozmowy publicznej o koncepcji gminy (koncepcja/słowo na początku wszelkiego istnienia). Wcale nie potrzeba mówić o nienawiści, żeby zagłuszyć niewygodną dla siebie prawdę. Nie trzeba - jeśli się wierzy w wiarę rozumną i miłosierdzie. Nie potrafię nienawidzić, napisałem przed trzydziestu laty, kto chce, niech sprawdza w wierszykach. Chcę szukać prawdy do końca, chcę rozmawiać, słuchać. Zwłaszcza prawdy o historii i przyszłości mojej własnej gminy, szkoły i parafii. Nie wiem, jaką koncepcję prawdy, miłości, nienawiści i chrześcijaństwa mają ci, którzy szukają jakby mnie pochwycić w mowie i piśmie i wydać sądowi (przed swoim sanhedrynem już dawno wydali na mnie wyrok potępienia). Normalnej rozmowy unikają. Pytają pogardliwie - "a cóż to jest prawda?" i piszą pisma gdzie się da "by się zabezpieczyć". Tylko mnie pisać by zakazano!? Bo ich pisma są skryte, może i anonimowe? Fatalne, jeśli ludzie pozwolą sobie narzucić taką logikę. Albo wolność dla wszystkich, albo wszystkim odbierzmy długopisy, ale takiej władzy u nas nikt nie ma, bo obowiązuje nas Karta Praw Człowieka i Obywatela :)

Nie można wracać ze szkoły, każdej, cóż dopiero RzN, z lękiem, że szaleństwo, albo czyjaś choroba może zagrażać dalszemu normalnemu życiu całych rodzin i funkcjonowaniu całej szkolnej wspólnoty. Że jakaś prokuratoria nad-generalna osądzi, nie szaleńca lub chorą osobę, ale szkołę. Jak można pozwolić chorym procesom umysłowym zdominować wieś lub połowę gminy? Polsko (ministerstwo zdrowia, oświaty, sprawiedliwości...)! - na pomoc. Świecie! - na pomoc. Kościele Święty! - na pomoc.

Jestem silny wiarą w miłosierdzie. Jestem silny wiarą rozumną. Jezu Ufam Tobie - nie sobie. Jestem silny nadzieją. Polską?! Przeciwko wszystkim „wrogom”. Największego „wroga” mamy zawsze w sobie. Żeby być wolnym – trzeba chcieć być wolnym. Żeby być wolnym – trzeba żyć wolnością w pełni i mówić/świadczyć o pragnieniu wolności. Normalny człowiek, który przyjął i przemyślał siebie jako osobę i jeśli przyjął wiarę chrześcijańską, powie za Romanem Ingardenem „i nawet własne trwanie poświęci, byle wolność zachować” - nie odwrotnie! A za Jezusem „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. W takim żyłem do tej pory świecie i w takim chcę umrzeć. Nie wyprę się prawdy i ideałów z lęku przed... ? - tym, co akapit wyżej. Chory ma nadzieję na wyleczenie. Kto nie czuje potrzeby wolności, sam skazuje się na beznadzieję. Wystrzegajmy się ludzi bez nadziei, są toksyczni. Nie obronią najgłębszych nadziei, które wypisały (bardziej lub mniej poradnie) dzieci w zeszytach (dzienniczkach) lub na karteluszkach. A ja wolałbym umrzeć, niż zawieść lub zdradzić ich nadzieję.

Kiedy czytam ich i słucham wokalistki "The Chaplet of Divine Mercy" czuję wielkie zobowiązanie i wewnętrzną wolność by opublikować tego posta. Nie może wspólnota dać się szantażować chorym ambicjom. Musi obronić godność i wolność - jeśli nie dla siebie, to dla innych, zwłaszcza najsłabszych. Słyszę głos wewnętrzny - "Zapisz to szybko, na piasku albo w komputerze, myśl może nie wrócić. A najważniejsze jest to, co dostajemy od Dawcy wszystkiego (najszersza podstawa wspólnoty) niż to, co sami wymyślimy na zadany temat (choć pisząc na zadany, też możemy być wierni głosowi wewnętrznemu). Głos wewnętrzny - to podstawa personalizacji wszystkiego w życiu - nie tylko poezji, nawet polityki. Boże, ile ja mógłbym jeszcze (wam)  powiedzieć i napisać. Gdyby ktoś naprawdę potrzebował i chciał czytać lub słuchać.

PS.1
Zdjęcie nr.1 - dziwna galaktyka prostokątna.
Zdjęcie nr.2 - logo Lednickich Spotkań ludzi wolnych.
Zdjęcie nr.3 - ryba, jak ryba, ISCHIS.

PS.2
Wczoraj znakiem nadziei był akt chrztu w Radomsku Jana Nepomucena Kapaona z 1834 roku. Jego ojciec urodził się równo z wiekiem XIX, w 1800. Brak wiary i nadziei w szkole i Strachówce nie wstrzymuje biegu dziejów. Nie może też okraść mojej rodziny z takich znalezisk, zasługi kuzyna Jacka. Od niego się dowiedzieliśmy, że jakiś pociotek był dowódcą Dywizjonu 303. Zginął w kanale La Manche. Jeszcze się dziwicie mojej niezłomnej nadziei i hardości w obliczu doraźnych karierowiczów?

PS.3
Grażyna, dyrektorka, mnie zdenerwowała przynosząc (wasze) lęki do domu. Dlaczego nie wróciła silna wspólnotą wiary i nadziei? Odzyskuję siły czytając wypowiedzi dzieci i słuchając tego samego, co wczoraj na katechezach, czyli koronki do miłosierdzia, która tak mnie kiedyś irytowała, w wersji angielskiej. Odcyfrowywaliśmy z uczniami dwie linijki tekstu, po polsku w schemacie 4+7, w angielskim 7+9.

2 komentarze:

  1. Zmień Pan lekarza, ten Pana oszukuje. Wgl co za głupoty, połowa z tego to jakiś bezsens.. i sugeruję przeszkolić się z języka bo kaleczy Pan J.Polski i podstawy gramatyki. powodzenia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za anonimowy, ale kulturalnym językiem, głos w rozmowie o Strachówce i wieczności.

      Usuń