piątek, 6 kwietnia 2012

Życie (i zbawienie) homo sapiens

Wielki Piątek jest w nas. Wielki Piątek 2012 na pewno. Jedni wielkim lub mniejszym postem go przeżyją, ja refleksją większą i opisaniem tego, co się dzieje i jest mi jakoś kognitywnie dane (albo dane mojej kognitywistyce). Opisaniem dzielę się z wszystkimi chętnymi to czytać - przeżyć, wrażeń, stanu ducha - tego wszystkiego, co się składa na miłość intelektualną człowieka, świata i Boga (u ludzi wierzących). Każdy ma jakiś talent, jakąś osobistą wrażliwość. Przepisy to rzecz wtóra. Życie duchowe to nie gastronomia. Same, bez wiary rozumnej, ducha i miłości intelektualnej przeżyć nie bardzo pozwolą. Homo sapiens dostał wielką pomoc w Soborze Watykańskim Drugim.

Jest śmierć i jest życie. Dzisiaj więcej śmierci niż wczoraj i jutro. Sposób ich rozumienia i reagowanie na nie (w nich?)  jest treścią życiorysów. Fantastyczna, czyli wielka w swej wymowie, jest okoliczność, w której ~  dooookoło ~  nas jest cała paleta życia i śmierci, od niemowlaka, przez czas dojrzewania, dorosłość, czas narzeczeństwa, czas jubileuszy, wiek późny, starość końcowa, czas żałoby i nieobecni, bo wczoraj umarli. Wszystkie możliwe stadia - jednocześnie! Całość, dostępna także w taki sposób! Laboratorium życia i śmierci, wiary i rozumu. Tylko patrzeć, podziwiać i adorować. Przecież to musi być cudem i jest cudem - nieustannym zwycięstwem życia nad śmiercią. Jest życie. Jest tylko życie? Tylko życie jest prawdziwym istnieniem!?

Czego więcej jest dzisiaj we mnie i dlaczego? Chyba myśli o tym, co będzie, nierozłącznych na wieki, od tego, co było. Tego, co jest - o dziwo - jest najmniej. Jak wielką prawdę usłyszałem kiedyś od Andrzeja Madeja! W jakimś wywiadzie reporterka go spytała, jakie ma marzenia. - " Żeby złożyć swoje kości przy moim kościele, w Turkmenistanie. Bo jest powiedzenie, że czego misjonarz nie dokończy za życia, zrobią jego kości i grób".
Rozmowa się toczyła na Langiewicza w Warszawie, przy którymś jego krótkim pobycie w Polsce. Zabrzmiało dla mnie smutno, lecz i tajemniczo tajemnicą objaśniającą życie. Smutno - bo chciałbym go zawsze mieć przy sobie, gdzieś blisko. Teraz i w godzinę śmierci naszej i zawsze.
 
Tajemniczo - bo mimochodem wydobywało i wszystkim oglądającym program pokazało jego wnętrze, wydawałoby się, rzecz najbardziej skrytą i niewidoczną w życiu osoby. A jednak zajaśniała jego dusza i stała się całkiem widoczna.
Tajemnicą - bo wskazuje czarno na białym prawdę życia i działań myślącego człowieka, obdarzonego i rozwijającego w sobie bez końca wymiar wewnętrzny - sens i rozumienie siebie samego i świata, w którym rodzimy się, rozwijamy i umieramy. W którym zostają pamięć i groby. Zostaje zmaterializowana prawie wiara i rozum, według których życie przeżyliśmy. Aktywność na ziemi trwać może ileś dziesięcioleci, pamięć i jej skutki - wieki i tysiąclecia. Proszę bardzo, proszę państwa, wybierajmy, wybierajcie, wybrałeś Józefie? Tak, wybrałem. Wybieram życie wieczne, bo poznałem życie wewnętrzne-duchowe. W nim się zakochałem. Andrzeju byłeś, jesteś i będziesz zawsze wielki. Nie byłoby, nie ma i nie będzie nigdy Andrzeja, bez jego wiary i rozumu (więc i miłości intelektualnej i każdej innej) w Jezusa z Nazaretu, Jezusa Chrystusa Biblii i życia wiecznego. Józefie, twoja zaś nieskończoność będzie wpisana na wieki w małą gminę Strachówka. Już jest, niewielki miałeś na to wpływ. Żyłeś, wybierałeś, co było ci dane.

Czy jeden Wielki Pątek może dać tak wiele? Daje. Na wiele sposobów, prawie nie wiadomo kiedy i jak:
- jest w postaci Tomasza Morusa i...
- dyskusji wewnętrznej we mnie o Pasji Mela Gibsona i wspomnieniach własnych
- i w wyobrażanej przeze mnie po wielokroć śmierci Jana Chrzciciela
- i Pawła
- i Piotra
- i tysięcy męczenników różnych epok
- w programie Jasia Pospieszasia (Pospieszalskiego) o Całunie Turyńskim i innych płótnach grobowych i... i...

- byłem też w Canterbury, patrzyłem z wysokości campusu Uniwersytetu w Kent na piękną katedrę, gdzie brzydko zabito innego Tomasza świętego Becketta, który po drodze życia studiował prawo w Bolonii, o którym TS Eliot napisał dramat poetycki, który "otworzył nową epokę w dziejach literatury i dramaturgii Anglii".

A dzisiaj? - choćby Męka Pańska śpiewana w Glasgow w kaplicy uniwersyteckiego duszpasterstwa międzynarodowego i ekumenicznego bardzo (jak cały kościół po Sob.Wat.II winien być - po-winien), w której Jasiek ze Strachówki, absolwent RzN będzie wykonywał partię narratora...
- a w Strachówce? - może będzie czytał sam proboszcz, może z Mateuszem Ołdakiem, może z naszym Łazarzem - któż przewidzi księdza Andrzeja i jego upodobania (eklezjalne i liturgiczne)? A w Mińsku Mazowieckim - może jacyś świeżo wyświęceni lektorzy?
Pamiętam do dzisiaj, mając pełne 59 lat, jak odbywało się to w moim dzieciństwie w starym drewnianym kościele w Legionowie. To nie są błahostki, zostają w homo sapiens na całe życie. PAMIĘĆ I TOŻSAMOŚĆ - się warunkują. To wszystko przecież DZIEJE SIĘ wśród nas i jest naszym - a nie krasnoludków - i bardzo jest realnym życiem.

Wizje i obrazy Gibsona i Jasia owszem, obrazują i uświadamiają mękę. Ale to Tomasz Morus więcej mi daje - po stokroć. Nie lęków, pytań, wątpliwości, a nawet odrazów. Daje pokój głęboki, wewnętrzny - w tajemnicy Trójcy Świętej Obcowania Świętych na ziemi, za życia. Tak samo wyobrażony Jan Chrzciciel, zamknięty w piwnicy, po którego idą kaci głowę mu obciąć na zachciankę rozpustnej tancerki przed Herodem pożądliwym. A jeśli chwilę wcześnie przeżył to, co Morus i nawet mały całkiem Józio na komendzie Milicji Obywatelskiej PRL i w samochodzie między ubekami tamtegoż ustroju? "To namiot twój/mój/nasz niech będzie szerszy niż Dawidowy cedrów las". Bo nic wielkiego im/nam stać się nie mogło. Żadnemu z nich - kiedyś, teraz i zawsze.

Wolę, wybieram i nauczam - wiarę rozumną. Ona jest darem ogromnym, największym(?) w życiu zbawionego homo sapiens. Bo człowiek, to nie kawał mięsa... dla robaków. Człowiek może życie przeżyć w i dla - Zbawienia od Złego. Największego sensu homo sapiens.
"Czymże jestem ja, nie ów kawał mięsa i kości, lecz ja z krwi i kości mych wyrastający..." - stwierdził nawet, nie narzucający się częstą obecnością na tłumnych nabożeństwach w kościele, wielki filozof Roman Ingarden, którego powinność pochować czuł w swoim sumieniu - godnie i po chrześcijańsku - w Krakowie kardynał Karol Wojtyła, który miał miłość intelektualną - i każdą inną, z upo(podpo)rządkowaną cielesno-zmysłowo-erotyczno-seksualną - do drugiego człowieka, świata całego i Boga, bo był z wychowania, łaski i wyboru człowiekiem wierzącym.

Ale się już(!) napisałem, a jeszcze nie ma godziny dziesiątej. Zrobię więc sobie kawy-espresso, dla zdrowia niejakiego i samo-poczucia, uratuję wołu, o którym chcę pisać przy innej okazji, bo mam na karteczce z kościoła z Wielkiej Niedzieli Palmowej w Strachówce 2012, a to bardzo ważny temat i bardziej ewangeliczny, niż nasze obecne zwyczaje w wielu na pewno parafiach. Jestem wielkim miłośnikiem parafii i dlatego ich bezwzględnym krytykiem. Tomasz Bartel zadał mi w 1985 roku pytanie do "Odpowiedzialności czyn", za co się - jako katecheta - czuję odpowiedzialny. Właśnie o tym piszę. Sobór Watykański mnie pytał w Tomku, potomku premiera II RP, bo Sobór i Tomek i jeszcze paru ludzi w Polsce to rozumie ;-)

Bardziej mnie interesuje i zajmuje moją wyobraźnie i wiarę rozumną to, jak moje kości i mój grób dokończą dzieła, niż to, co będzie się działo na następnej sesji Rady Gminy. Wielki Piątek jest w nas. Wielka katecheza Wielkiego Tygodnia, bo nastąpiło po nim Wielkie Zmartwychwstanie.

Akapit końcowy: Wielki Piątek jest w nas. Wielki Piątek 2012 na pewno. Jest śmierć i jest życie. Dzisiaj więcej śmierci niż wczoraj i jutro. We mnie też. Wspólnota rodzi, wspólnota zabija? Tak to przeżywam. Nikt chyba nie pisze tak szczerze jak ja, w całej okolicy. Zabija mnie przede wszystkim fałsz i niewdzięczność wspólnoty lokalnej. Dopiero gdzieś tam w ogonie człapie cukrzyca, krążenie, żaden zdrowy tryb życia i żadna troska o ziemskie prze-trwanie. Co jest - jest, niech będzie - jak będzie i raczej najprędzej. Ach jak potem będzie pięknie, jak będzie ciekawie :-)

Dzisiaj też nie pojechałem na wspólnotową liturgię piątkową. Wokół spraw Męki. Siedzę spocony i pociągający nad stołem przygotowań, albo klawiaturą. Najlepiej się gotuje, gdy nikogo nie ma w domu. Wiedzą to gospodynie domowe i starzy mężowie.
A i nie wierzę, że to będzie liturgia wspólnotowa. Raczej staro-testamentalna. Niektórzy by chcieli przywrócić święte świętych i wejść za zasłonę. A lud niech się karmi wiarą nakazaną. Ale słucham za to w Inter-necie męki śpiewanej w Glasgow - i to parę razy. Tam też jest wspólnota, która wyrosła w naszej szkole, parafii i gminie. Ziarno zostało zasiane. Kości zostały rzucone.

1 komentarz:

  1. W Mińsku dzisiaj Mękę Pańska czytali trzej księża, ale głównym ceremoniarzem był dzisiaj Alan, rówieśnik Michała - Michał był w Wielki Czwartek głównym ceremoniarzem- (czy jest taka emotionka- dumna mama?)i oni to już wcześniej obgadali, siedząc w kościele po kilka godzin dziennie. Oni się angażują niesamowicie, dzisiaj Michał jeszcze nie wrócił z kościoła.

    OdpowiedzUsuń