niedziela, 6 maja 2012

Jaka wiara, jaki kościół? (2)

Znów się budzę w tym samym słuchaniu i myśleniu. Zasłuchaniu? Zamyśleniu? Czy obudziłem się od środka, od kości, organów, narządów? Czy od ptaków porannych, głośnych przez szczelinę w oknie?
Jednego jestem pewien, "znów" co znaczy. Tak jak wtedy w maju. O ROKU ÓW! (1812-1981)

"O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,
Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!
O wiosno, kto cię widział, jak byłaś kwitnąca
Zbożami i trawami, a ludźmi błyszcząca,
Obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna!
Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna!
Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,
Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu"

NIE MOGĘ DZISIAJ WYJŚĆ ZE ZDUMIENIA! Przecież jestem ten sam! Józef K. A tyle nas dzieli. Wtedy - z wolą życia, poczuciem obowiązku, nadziei. Dzisiaj? - właściwie mieszkam na nieludzkiej ziemi.
Z nikim (przesada, parę osób się znajdzie, ale poza rodziną najbliższą tylko trzy/cztery) nie dzielę nadziei, ideałów na Polskę i kościół.

Co myślałem, czułem w maju 1981 - jest zapisane. Na wiecznej rzeczy pamiątkę. To jakiś mój kurhan? Jakby.

Jeszcze żyję, choć wam wszystkim (minus trzy/cztery) obcy.

Po tamtym maju i w ścisłym z nim powiązaniu wiele się w moim/naszym życiu wydarzyło. Także, jako proste konsekwencje. Zrobiliśmy w sprawie Polski, co do nas należało. Jaruzelski zniszczył. Fałsz jego narracji ujawniają dwie wersje, zagrożenie wewnętrzne i zewnętrzne. Gdyby mówił prawdę, byłaby jedna wersja.
Życie i prawda się obroniły wolnością wielu narodów. Prawda przeżyła w Watykanie, w kościołach, parafiach, męczennikach, w wierze milionów? Może tysięcy? Setek? W dziesięciu sprawiedliwych? A może tylko w jednym? Chrześcijaństwo daje (wyznaje) wiarę w wielkość jednostki - OSOBY. Jak przez jednego grzech przyszedł na świat, tak i przez jednego przyszło zbawienie. (Marksizm jest i na tym polu anty-tezą: "jednostka niczym, jednostka zerem", a wolna osoba w ogóle nie istnieje ).

Życie i prawda pozwoliły mi służyć w parafii św. Jana Kantego w Legionowie. Do tego wystarczyło Taize (w skrócie), w którym nadzieja i ideały miały soki, by wykwitnąć. Na szczęście byli wokoło ludzie, którzy też mieli ideały lub ich szukali. Najwspanialszym, zupełnie dojrzałym drzewem ideału dobrego i złego był Andrzej Madej. Był ideałem. Jest ideałem. A jedynym złem w jego najprostszym nauczaniu jest grzech. To wszystko.

W maju 2012 ta sama jest tylko przyroda, natura za oknem. I ideały - we mnie - te same. Dookoła jednak świat ludzi bez ideałów? Straszne. W jakim stopniu prawdziwe? Nie wiem, bo wszyscy milczą.

To, że milczą w mojej okolicy mogę sobie jakoś tłumaczyć brakiem odwagi, 16 latami anty-demokracji, nawet kompleksami, ale że księża milczą, do których stary katecheta kieruje prośbę "Porozmawiamy o wierze i kościele?" - to będzie wołało "o zgrozo" nawet na Sądzie Ostatecznym. Na Facebooku mam ok. trzydziestu osób duchownych!!! Wśród takich ludzi nie powstałaby ani Solidarność, ani wspólnotowe doświadczenie kościoła lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. To jest najstraszniejsza pustynia współczesnej Polski. Jak wyrok dziesiątków Piłatów (a nie Palikotów) - 'niech zdycha ze swoimi problemami'. My, pełni zarozumiałej wyższości? - milczymy, bo się boimy biskupów (o swoje kariery diecezjalne), opinii kolegów z korporacji, bo nie mamy zdania i samodzielności myślenia, albo "niech zdycha" bo nie głosuje na PiS. Nie wiem, co z wymienionych jest najgorsze.
Sprawdzając na Facebooku - czy ktoś odpowiedział słowem lub gestem na moje wołanie o dialog w najważniejszych dla osób ochrzczonych  sprawach - musiałem się od-nowa zalogować na stronie, w międzyczasie dzieci korzystały z komputera, spałem i nie spałem, a logując zobaczyłem samego siebie jako "Józef_z_RzN".

Skąd mam siłę i odwagę, by pisać tak wprost? Bo ŻYŁEM, bo spisałem swoje ideały, nadzieje i marzenia (są tutaj), bo spotkałem świętego (kapłana), bo znam nauczanie Soboru Watykańskiego II i na nim oparte nauczanie Jana Pawła II, bo znam postawę miłości intelektualnej, o której mówił błogosławiony Papież-Polak.

"Stan wojenny wypadł na ostatnim odcinku linii życia Ojca, a dla mnie był startem w katechezę. Dobrze się wtedy połączyły ogniwa pokoleń. Po kolędach gromadnie śpiewanych i wspólnotowym opłatku'80 w parafii nie mogliśmy się już rozejść. Potrzebowaliśy wspólnoty (kościoła). Spotykaliśmy się "we wspólnocie i łamaniu opłatka, chleba, herbaty..." z potrzeby najwewnętrzniejszej, cało-osobowo-życiowej. Mocnym akordem stała się ostatnia posługa śp. Ojcu. Potrafiliśmy już razem zaśpiewać w kościele i na cmentarzu Misericordias Domini, Crucem Tuam adoremus Domine, Salvator Mundi... w kanonie, a może nawet na głosy. Przetrwaliśmy uderzenia losu. We wrześniu 1982 odpowiadając na apel-ogłoszenie księdza proboszcza Józefa Schabowskiego zgłosiłem się jako kandydat na katechetę młodzieży.
Solidarność, stan wojenny, śmierć ojca, katecheza - to był może trudny okres, ale nie bezowocny. Dla mojego życia był to okres decydujący."

Nie wolno się litować nad księżmi i przemilczać nienormalności. Patologią grozi zamknięcie się na plebaniach i w pałacach biskupich. Jeden dziwaczeje, drugi ucieka w lekomanię, trzeci sięga do kieliszka, czwarty... najgorzej gdy do dzieci płci obojga. A my patrzymy, widzimy i nic? Trzeba ich wyciągnąć z izolacji dla ich i naszego dobra. Jeśli chcą wyzdrowieć muszą się z nami - tak samo słabymi, z tymi samymi przywarami i pokusami - spotkać i rozmawiać w tym samym duchu wiary i miłosierdzia. Jesteśmy, czy tylko mówimy i głosimy z ambon, że jesteśmy kościołem?! Kościół ma sens tylko jako wspólnota, nie jako instytucja i korporacja. Wspólnota życia, modlitwy, nadziei, radości, słabości, przebaczenia, podnoszenia się, czytania Biblii, śpiewania kolęd i psalmów, spotkań, rozmów, wspólnego milczenia na adoracji... Nie - chowania się po plebanijnych i pałacowych kątach (tam, tak, się lęgnie patologia kościołów i sekt). Homo sapiens, homo socialis, wiara i kultura, wiara i rozum, rozum i dialog... - nigdy w pojedynkę i oddzielnie. ABY BYLI JEDNO. Ze mną też można i da się rozmawiać, nie jestem księżożercą. Jestem ich/waszym bratem w wierze. A zresztą, kto obrażony, kto z nas bez grzechu, niech nadal rzuca kamieniami.

Jezus się nie ubierał i nie zachowywał inaczej, niż jemu współcześni. NIE IZOLOWAŁ. Nie przebierał się i nie zachowywał jak ksiądz proboszcz, biskup, książę-opat, kardynał (także zwany księciem). A ja w księdzu szaraczku ("czarnym razowym księdzu"), proboszczu, biskupie, opacie i kardynale, a nawet papieżu, chcę widzieć Jezusa, a nie biskupa, kardynała, opata. Ja - wasz brat, brat mojego i waszego Boga.

Tym, którzy chcą tylko się jeszcze bardziej obrazić na mnie za takie pisanie, dowalę jeszcze bardziej. Nie piszę, żeby zaistnieć. Piszę raczej testament, o którym się myśli raczej w fazie zanikania. Piszę po nocy, w której nie robiłem sobie ani łatwych, ani żadnych nadziei. Piszę w prawdzie, bez udawania. Wielkiej woli życia, to ja już w takim świecie (i kościele) nie mam. To jest różnica między moim majem 1981 a majem 2012.

"Dawno, dawno temu (mogłem mieć 20-25 lat) zapisałem sobie w notatniku: człowiekowi duszę - światu przywrócić ducha! Więc teraz nie wolno mi milczeć i iść do swoich spraw. Majowa noc 1981! Za każdym razem zadziwia. Gdzieś, spłoszony ucieka łoś, w Ogrodzie nocne śpiewy ptaków. Ogród - oni tutaj zwą go ciągle "Sadem". Więc ja chyba dla nich jestem niczym dawny dziedzic, nie z tytułu, ale z pozycji i rangi społecznej. Więc - majowa noc, polska historia i tradycja. Żal, że pusty dom i samotność. Rekompensatą są myśli o Polsce i o Człowieku. Dziś, rzeczywiście wysokie - jak dawno już nie." (ów Maj'81)

Całkiem niedawno wprowadziłem do tego bloga pojęcie wiary niefiguratywnej. Wiara rozumna - wiara niefiguratywna, a ta inna, bardziej tradycyjna to wiara wyobrażeniowa - figuratywna, w której wszystko ma jakąś postać, musi jakoś wyglądać, mieć cechy bytu zmaterializowanego? Coś koło tego.
To moje robocze rozróżnienie. Dla mnie niebo, Bóg, śmierć, życie wieczne nie musi jakoś wyglądać. Nie wyobrażam sobie ich wcale. Dla mnie to wszystko jest. JEST. A eucharystia? Postać eucharystyczna i obecność eucharystyczna? Można, warto poddać pod taką analizę całą treść wiary (rozumnej i wyobrażeniowo-figuratywnej). Dla figuralistów wszystko musi być jakieś. No, np. niebo, na pewno zmartwychwstanie. Choć z tym jeszcze pół biedy, ale Bóg!
Na co dzień prostą  konsekwencją ich wiary jest kościół, który tak wygląda, jak ksiądz poustawia kwiaty na ołtarzu, jakie obrazy zawiesi, jakie klęczniki rzuci ludziom pod nogi itd. Nawet jaką modlitwę za nas ułoży. Nie w naszej intencji, ale za nas, nas wyręczy w myśleniu. A skoro nie ma wiary bez myślenia, to aż strach pomyśleć, co mamy w - z definicji - bardzo katolickim kraju. To przejaskrawienie? Chyba tak, bo przecież poznałem masę bardzo religijnych ludzi, na pewno i świętych między nimi. Szkoda mi, że (ich) więcej i się bardziej nie ujawnili. Nie było dla nich miejsca w gospodzie polskiego kościoła? Najbardziej szkoda prostych rozmów z księżmi, biskupami, ale oni sami się poustawiali, albo myślą o sobie jak o jakichś monstrancjach, tylko do okazywania (się) czasem w szatach liturgicznych.

"Maria Janion stawia na osobowość, która wie, co przeżywa, ponieważ to na niej opiera się autentyczna kultura i demokracja". Dopowiem - także religia. Jej filarem, fundamentem i wszystkim, co najważniejsze - jest OSOBA. Nie instytucja! Dlatego człowiek jest drogą kościoła, a nie odwrotnie.
Takie proste! - a tak nieoczywiste i nieobecne w życiu religii parafii wiejskich. O małych wiejskich parafiach mówi się, że mają obsadę jednoosobową (proboszcz bez wikarego). One często są jednoosobowe prawie we wszystkim. Może to jest obiektywnie trudne, ta wspólnotowość, bo nie ma zbyt wielu wykształconych osób, ale nie jest to niemożliwe. To jest wymagalne, z punktu widzenia Ewangelii i najwyższego, poza nią, prawa, jakim są postanowienia Soborów Powszechnych.
"Od VI wieku pojawia się porównanie "czterech świętych synodów" z czterema Ewangeliami, synodów, które należy przyjmować i czcić podobnie jak Ewangelie", lub bardziej pragmatycznie, że "sobory są ostatecznie wiążące i uznane wtedy, "kiedy są podane do wiadomości całego Kościoła, kiedy nie wywołują u braci (biskupów) zgorszenia lub skandalu, ale jako odpowiadające apostolskiej wierze osiągają trwałość" (tutaj).

Moje (kolejne) rewolucyjne twierdzenie - skoro każdy ma dostęp do Boga, to i każdy może Go mniej więcej poznać tak, jak wizjonerzy z objawień prywatnych. Trzeba tylko uwolnić się od figuratywności (wiary wyobrażeniowej), która więzi ducha w zbyt ciasnych granicach. Duch do wyobrażeń sprowadzić się nie da. Wiara rozumna i postawa miłości intelektualnej jest drogą do celu wszystkich rzeczy.

Moje życie rozstrzygnęło się około 1979 roku. W wieku 25/26 lat. Byłem na ATK (z całym wyposażeniem bytowym i życiorysem), czytałem coś z Kłósaka o duszy, pochodzeniu człowieka i kosmologii, trafiłem na Ingardena, zachwyciłem się jego analizą i opisem struktury świadomości, sformułowałem temat "Istota człowieka u Romana Ingardena", przejechałem przez Europę autostopem, byłem w Taize.  Wszystkie istotne wątki i źródła dalszego biegu spraw życiorysowych były nanizane na osnowę życiowej tożsamości (życiowej, to i wiecznej). Reszty dopełniło spotkanie Andrzeja Madeja i małżeństwo z Grażyną. Amen. Tę samoświadomość Józefa K. przekazuję dzieciom.

Osoba, czyli co? Tak osoba człowieka, jak i Osoba Boga. Osoba człowieka wcielona w ciało człowieka homo sapiens. A Boga??? Jezus Bóg Człowiek.  A Wszechświat, dla którego jest Alfą i Omegą? Przecież nie mógł pozostać tym samym po wcieleniu Boga! TO SĄ SPRAWY. TO JEST TEMAT!!! To jest droga, prawda i życie!
Dla wiary niefiguratywnej ciekawym problemem - wyzwaniem dla rozumu - mogą być także objawienia Maryjne i różne inne wizje, w tym piekła, dusz czyśćcowych, mięśnia sercowego oprawnego w monstrancję itp.
Do takiego ujmowania problemów wiary dorzucił ostatnio swoje trzy denary papież Benedykt XVI -
"Jestem na ostatnim odcinku drogi mojego życia i nie wiem, co mnie czeka. Wiem jednak, że jest światło Boga, że jest Zmartwychwstały, że jego światło jest silniejsze od wszelkiej ciemności, że dobroć Boga jest silniejsza od wszelkiego zła na tym świeci". Czy papieska wiara jest figuratywna, czy niefiguratywna? (światło ma dwoistą naturę!). No i - a jakże, nie może być w wierze rozumnej inaczej - dodał - "To pomaga mi podążać dalej z pewnością. To pomaga nam iść naprzód, a w tych godzinach dziękuję z całego serca wszystkim tym, którzy cały czas pozwalają mi odczuć "tak" Boga poprzez swoją wiarę - dodał papież." (ja, mi, nam, odczuć...)

Gdybyż się rozmawiało u nas, wśród nas, w parafii, szkole, świetlicy wiejskiej o takich słowach, książkach, ciekawych artykułach, w ogóle o wierze i kulturze, i o samym Duchu Świętym danym każdemu, kto z wiarą się modli.... ach!, cóż to by był za kościół, cóż to by był za świat. Zostawiam to marzenie następnym pokoleniom.

Kiedyś wystarczyło księdzu ładnie wyglądać w sutannie i przy ołtarzu... a dzisiaj trzeba rozmawiać z całą wspólnotą parafialną i podawać do wiadomości całego lokalnego Kościoła wszelkie uzgodnienia, żeby nie wywoływać konfliktów, rozbicia wśród braci w wierze, od baby i dziada i katechety po biskupów, a nawet zgorszenia lub skandalu, ale jako wiarę rozumną odpowiadającą apostolskiej wierze umacniać, rozjaśniać i osiągnąć trwałość w szczęśliwej rozumnej społeczności homo sapiens i homo socialis.
"Papież prowadzi Kościół "z wielką siłą, delikatnością i wiarą" i jest "darem Boga". Rzecznik Watykanu ksiądz Federico Lombardi w dniu urodzin Benedykta-Ratzingera podkreślił jeszcze, że papież "cierpi" z powodu skandalu pedofilii. Nie będę mu więc pisał o braku dialogu w polskich parafiach, żeby nie cierpiał jeszcze bardziej. Powinniśmy sami sobie z tym problemem poradzić. Konkurs na pomysł otwarty.
GDYBY KOŚCIÓŁ PARAFIALNY BYŁ KOŚCIOŁEM PAPIESKIM JÓZEF K. NIE MIAŁBY ŻADNYCH PROBLEMÓW ŻYCIOWYCH I SPAŁBY SPOKOJNIEJ.

PS.
Wczoraj bąknąłem coś o wychowaniu. Dzisiaj przepraszam. Nie ma specjalnej specjalności "wychowanie" w ramach małżeństwa i rodziny. Podręczniki o wychowaniu i seksie w małżeństwie mogą być cenną pomocą, ale nie ma takiej specjalizacji w ramach małżeństwa. Wychowanie jak i skądinąd seks wynikają z relacji męża i żony. Relacji osobowych! Mówienie o relacjach wychowawczych, albo seksualnych, pomijając znaczenie relacji osobowych to rodzaj tresury. Aby byli jedno, aż głupio powiedzieć, że najpierw sobą, a potem jednością małżeńską. Sakramentologia? No pewnie. Niczym mniejszym osoba i małżeństwo nie są. Kościół też.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz