piątek, 24 sierpnia 2012

Nierzeczywistość

Chyba wpiszę dedykację - 
"Grażynie, 
która wraca dzisiaj z Rzymu
 przez Sulejówek
 do Annopola. 
Legenda? O życiu i śmierci."

Chcę zdać sprawę z belgijskiego spotkania i ciągle nie mogę.

PRZESZŁOŚĆ

Nie Bóg stworzył przeszłość i śmierć, i cierpienia, Lecz ów, co prawa rwie, Więc nieznośne mu - dnie; Więc, czując złe, chciał odepchnąć spomnienia!

Acz nie byłże jak dziecko, co wozem leci, Powiadając: "O! dąb Ucieka!... w lasu głąb..." - Gdy dąb stoi, wóz z sobą unosi dzieci.

Przeszłość jest i dziś, i te dziś daléj: Za kołami to wieś Nie - jakieś tam... cóś, gdzieś, Gdzie nigdy ludzie nie bywali!...

Spotkanie miało coś Boskiego w sobie. Sans doute! Choć wszystko jeszcze mi się miesza, zlewa. Poczekam, ułoży się? Lub nie. Co ono mówi? Powiedziało? Mnie, innym uczestnikom, Edwardowi, Fransowi? Co bjawiło?
Pytali np. o stan wojenny, co znaczył, co zmienił, jakie skutki jego! O wszystko, co Polskę stanowi. Stąd pojechali do Krakowa, przez Warszawę.

(DO SPÓŁCZESNYCH LUDOWYCH PIEŚNIARZY) I Gdzie toni miara równe są przedmiotowi, Gdzie przedmiot się harmonią dostraja, Tam jest i pieśń, i rym - jak kto je powie - Tam z - siedmia się brzmienie i tam się z - traja, I spadkuje się same ku końcowi II - Umiej słowom wyrazić ich wygłos - pierwszy - To jest całą wrażeń tajemnicą: Rym? - we wnętrzu leży, nie w końcach wierszy, Jak i gwiazdy nie tam są, gdzie świecą! III Podobnież i pieśń gminna to nie jest to, Co wy dziś zrobiliście z niej - Płynność słów? - to - oko błysłe łzą, To - ciepły dech, nie zawołanie: "Tchnij!" Tak - wywęźla się kwiatu pąk i tak ptaszę Coraz bystrzej i pełniej widzi dzień, Nim nad rozpękłą wzleci czaszę - Wrażenia pierw mając przez swój - rdzeń! IV Stąd to nie są nasze - pieśni - nasze, Lecz boskiego coś bierą w się; Stąd, choć ja śpię nie ja to śnię co? śnię: Ludzkości-pół na globie współ-śni ze mną; Dopomaga mnie - i cicho, i głęboko, I uroczyście, i ciemno: Jak - wszech-oko! V Tam to wszczęła się pieśń gminna, jakby z dna Uspokojonej na skroś głębi Czerpiąc tok swój i jęk gołębi; A Bóg ją sam zna!

Czy to spotkanie nie było (moją głównie) mistyfikacją. Gdzie sięgnęło, cośmy słuchali, o czym rozmawiali?? Pod kościołem, w kościele, pod pomnikiem papieża, patrząc z daleka na dom dziś Suchenków, miejsce? wtedy starego dworu Sobieskich? Prababki Hilarii i pradziada Józefa, posła na Sejm Wielki
Papież z pomnika też patrzy w tę stronę, z uśmiechem. Może tylko On już wie :-)
Ile miałem i mam ciągle możliwości mistyfikacji.

A dzisiaj w nocy miałem straszny sen, że Łapka wrócił do władzy!!! On też miał dzieciństwo. Jakie? Kto wie? Dzieciństwo strasznie dużo wyjaśnia.

Było w rozmowie - nie we śnie, w realu - na werandzie, o czekaniu na śmierć, którego to tonu nie lubi Jasiek i mówi o tym wprost, ale co całkiem prosto i zwyczajnie rozumie Frans, zna, przeżył. "Pamiętasz Frans, niezapomniany przyjacielu?" (B.Prus, Lalka) Ale przecież tym przyjacielem jest Edward. Co się wydarzyło 12 lat temu, co na pl.Zwycięstwa 4 czerwca 1979, co przed 34 laty? Co, gdy miałem 19 lat (1972, słuchając Bułata Okudżawy..?

Znów nie jestem w stanie o tym pisać.

Przytoczę słowa końcowe rozmowy, o dziwo i wcale nie dziwne, że po francusku, w nieznanym mi dzisiaj języku, ale znanym przed stu laty, w innym życiu, przed narodzeniem???

TO NA CO PATRZYMY W STRACHÓWCE (W POLSCE 2012) TO ABORCJA (NARODOWO-DUCHOWO)-SPOŁECZNA, ABORCJA HISTORYCZNA. NIERZECZYWISTOŚĆ.

To, co rzeczywiste zdarzyło się parę razy w moim życiu. Jak wyjaśnić, jak uporządkować????

Wśród okruchów rzucanych w moje łzawiące oczy jest Solidarność narodzona 3 Maja 1981 i żyjąca tylko kolejnych 220 dni! 3 Maja - 13 Grudnia, 1981. Niech każdy sprawdzi, wyliczy, przymierzy do czegoś. Festiwal Solidarności? Mówi się i tak. Tak, ale tylko takich pieśni, na jakie linki ostatnio dawałem: Bułat Okudżawa, śpiewany w pyle dróg do Częstochowy, Żeby Polska była Polską, ale to po latach, kanony z Taize rzucające mnie od 1979, moją duszę, jak szmatę w dobrym sensie na podłogi wielu katedr, kościołów, kaplic, sal katechetycznych..., Żanny Biczewskiej "Chospody pomyłuj".

Ja widziałem!! Ja ciągle widzę rozrywane ciało królestwa (Bożego) - najpierw w sobie? Rzeczypospolitej? Mojej małej Ojczyzny? Życia? SACRE COEUR?

Nie mogę nadal pisać, z powodów bardzo prostych: oślepienia, załzawienia, rozproszenia w dziesiątkach chwil, miejsc, wspomnieniach, uniesieniach... Widziałem (jam widział) Życie i Śmierć.

Te same dreszcze i łzy mnie dopadały nagle w Kodniu'83 po komunii na I-szym Spotkaniu (wysoko) Ekumenicznym Andrzeja Madeja, w bramie tzw. cmentarza przykościelnego na Żoliborzu, w dwa dni po porwaniu ks. Popiełuszki, o którym wcześniej niewiele wiedziałem, my mieliśmy swoje katechezy, spotkania, msze i życie duchowe i patriotyczne w parafii św. Jana Kantego w Legionowie, w - pewnie na pewno - 16 października 1878 w szpitalnym pokoju na ulicy Uniwersyteckiej na obserwacji nerek, wątroby i serca... przez wiedzę medyczną, a także po wyjściu Darka, nieznanego ucznia, który mi powiedział, że nie mam racji, bo oni chcą słuchać i poznawać podawaną im przeze mnie wersję życia i śmierci Boga, i Zmartwychwstania w sali katechetycznej św. Mateusza, pewnie także po wyjściu innej dziewczyny, która przyszła do katechety bo chłopak ją rzucił, a ja miałem światło, mówiłem o świetle, którego trzeba wypatrywać, szukać i w nie trzeba patrzeć, nie w ciemność i na klęczkach się modliliśmy w blasku jakimś niezwykłym (każdej) katechetycznej sali, albo dzisiejsze konsultacje naukowe Jaśka z Glasgow? Annopola? ze Sławkiem od nauki społecznej kościoła i politologii często wyjaśnianej także dla nas w TVP, ale dzisiaj także Sławkiem od Andrzeja Madeja (chrzcił ich Mariannę rok temu), wtedy z tej samej sali katechetycznej, a także ze stopni ołtarza, kiedy rano przychodzili z Mamą, na mszę za Męża śp. i Ojca, i dla własnego posilenia się chlebem eucharystycznym, a ja szczur kościelny wychodziłem z nory-kanciapy (niedoszły kameduła, się śmieli niektórzy, choć nigdy nie zamierzałem, tak wyszło, że mieściłem się przez półtora roku na czterech metrach skośnych-kwadratowych w podziemnej części kościoła św. Jana Kantego, albo Ducha Świętego w parafii naukowego-dobrego świętego, którego grób jest w kościele św. Anny w Krakowie, a tam znowu młody Karol Wojtyła itd, a z kanciapy wyszedłem dopiero przez szybę w nocy włamania przez pijanego złodzieja i już nie wróciłem, rok włamania, łatwy do zapamiętania, bo Grażyna z Jarkiem późniejszym księdzem od filozofii przyrody, wtedy tylko studenta fizyki, byli na Spotkaniu Młodych w Londynie, pewnie zazdrościłem nie tylko zazdrością turystyczną, ale nigdy nie sprzeciwiałem się dobru dla własnego komfortu, wygody (to chyba moja jedyna zaleta rozumu, wiary, charakteru, jest dobro? lepiej życie dać, niż mu przeszkodzić, to się wie, czuje, rozumie itd.) wyjazd był dobrem ogromny, i późniejsze świadectwa od ambony wobec całej wspólnoty parafialnej i przez lata śpiewany kanon, także publicznie pod kościołem po mszach niedzielnych Exaltabo Te Deus Meus, z mozartowskim(?) trelem aleluuuuja w środku ), więc wychodziłem jak szczur kościelny i służyłem smakowitemu proboszczowi imiennikowi Schabowskiemu do pierwszej mszy (po za nią do niego raczej się nie podchodził, mógł prychnąć lub wybuchnąć :-)

Nie można nie wchodzić w skórę niektórych uczniów, gdy się jest i chce być świadkiem.

Gdzie i kiedy i ile razy trafił mnie SENS najwyższy słowem, nutą, ciszą, obrazem, przeczuciem, wydarzeniem, faktem... byłem też przecież przy narodzeniu każdego naszego dziecka, tuż obok, za oknem, za drzwiami, na koniec klęczałem lekarzom pod nogami, gdy rodziła się zagrożona Marysia, ale Olek wyskoczył wesolutko jak ryba i to już widziałem, nie był zagrożony, więc mnie zawołali do ostatniego porodu rodzinnego.

Każda porodówka to BETLEJEM, to takie oczywiste, każdemu, kto klęczał za jej drzwiami. Dziś mam podobny odruch-przymus klękowy, gdy przechodzę korytarzem Zespołu Szkół im. Rzeczpospolitej Norwidowskiej przed klęcząca siostrę Alinę ze zgromadzenia Sacre Coeur na Placu Świętego Piotra podczas audiencji generalnej dając list od nas, sercem pisany, krwią życia, krwią narodzin, pierwotnymi komórkami narodzenia, błogosławionemu papieżowi i dwóm tysiącom dziejów chrześcijaństwa, plus dwa i pół starego testamentu. Egzageruję? Spisuję tylko fakty, które akurat dzisiaj tu teraz, spadły na mnie, zalały całego....

MOJA PIOSNKA POL. - (I'll speak to him again. What do you read, my lord?... HAMLET. - Words, words, words! Shakespeare). Źle, źle zawsze i wszędzie Ta nić czarna się przędzie: Ona za mną, przede mną i przy mnie, Ona w każdym oddechu, Ona w każdym uśmiechu, Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie... * Nie rozerwę, bo silna, Może święta, choć mylna, Może nie chcę rozerwać tej wstążki; Ale wszędzie - o! wszędzie, Gdzie ja będę, ta będzie: Tu w otwarte zakłada się książki, Tam u kwiatów zawiązką, Owdzie stoczy się wąsko By jesienne na łąkach przędziwo: I rozmdleje stopniowo, By ujednić na nowo, I na nowo się zrośnie w ogniwo. * Lecz, nie kwiląc jak dziecię, Raz wywalczę się przecie. Niech mi puchar podadzą i wieniec!... I włożyłem na czoło, I wypiłem, a wkoło Jeden mówi drugiemu: "Szaleniec!!" * Więc do serca, o radę, Dłoń poniosłem i kładę, Alić nagle zastygnie prawica: Głośno śmieli się oni, Jam pozostał bez dłoni, Dłoń mi czarna obwiła pętlica. * Źle, źle zawsze i wszędzie Ta nić czarna się przędzie: Ona za mną, przede mną i przy mnie, Ona w każdym oddechu, Ona w każdym uśmiechu, Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie. * Lecz, nie kwiląc jak dziecię, Raz wywalczę się przecie; Złotostruna nie opuść mię lutni! Czarnoleskiej ja rzeczy Chcę - ta serce uleczy! I zagrałem... ...i jeszcze mi smutniéj.

Gdyby jakiś szaleniec lub jakaś wariatka nastała w mojej/naszej gminie i chciał/ła dokonać aborcji dziejów najnowszych i nazwy szkoły - niech powstanie Polska w obronie. Z dawna Polski Tyś Królową Maryjo, Ty za nami przemów Słowo, Maryjo. Kodeńska, Częstochowska, Annopolska, wkrótce także Wileńska.

Gdzieżbym ja to wszystko mógł wymyślić? Pisałem w gorączkowym pośpiechu dzisiaj 24 Sierpnia, rano w domu w Annopolu, jakbym jakie requiem pisał. Skrobię gorączkowo w Ogrodzie, i - jak mieliśmy swego czasu na wizytówkach (Mirek, jak się domyślacie ojciec chrzestny Andrzeja, akurat siedział kiedyś przed nową drukarką i miał parę arkuszy papieru wizytówkowego, "co wam wpisać" - a my, - że "nie mamy tytułów ani innych zaszczytnych danych", po krótkim zamyśle powiedziałem, - napisz "U Matki Bożej Annopolskiej". To akurat - sam z siebie - dopisał niebieskim tuszem i kursywą.

C'est tous/toutes. C'est tous (et toutes) ce que nous sentons que nous avons reçu et..." - parę słów i zwrotów jeszcze pozostało. Ale piąte przez dziesiąte. Z omocą Google-tłumacz można dobrze się bawić co nie co odświeżając wiedzę językową, ale lepiej powiem to wprost i po naszemu :-)

Przyjmując dar stajemy się wspólnotą (communio) z ofiaro-dawcą. Nie ma daru bez ofiarodawcy. Nie ma wspólnoty bez ofiary, bez przyjęcia daru. I ofiaro (wspólnoto- komunio-) Dawcą. Pt, takie tam moje - i na własną odpowiedzialność - spekulacje. Wymądrzalstwo z powodu zbyt długiego siedzenie nad postem na bloga.

Wystarczyło języka, Ducha, wspólnoty, komunii, by zrozumieć ostatnią przemową belgijskiego katechety (pracę dyplomową pisał z Henry Newmana) na emeryturze. Edward też - tak jak ja - choć frankofon, mógł wtedy tylko słuchać: o przeżyciach wewnętrznych, bardzo wewnętrzo-życiorysowo-głębokich, osobistych, że ani ksiądz, ani biskup, nie czuli, nie rozumieli, co znaczyło jego 30 lat spędzonych w małej wsi we Francji, nie za daleko od Taize, w Burgudii. Że dwoje muzułmanów nawet poprosiło o chrzest, bo zobaczyli coś? świadectwo? i uwierzyli.

Ja tylko dodałem, że te wszystkie książki, 3 plus 5 tomów Norwidów, każdy dzień i każde słowo prawie policzone, i zeszyty annopolskie dawno przedwojenne (przed wojennych świadectw, a jeden z nich nosi nazwę "Księga kościelna", bo chcieli kościół zbudować "na wprost Marysina" i musieli datki od całej rodziny - od małego po starego - zapisywać... a wyszła kronika, gdzie są marzenia 12-letniego późniejszego mojego ojca, jego sióstr i brata, że chcą być jak..., na wzór..., ksiądz Skorupka się tam przewija i wujek Kazio, ten od Prusa chrześniak i z Katynia-męczennik? chyba nie, kartka z Katynia jest raczej pogodną, trzeźwą organiczną częścią tego bloga, i tak rozumiemy imiona i życie, biblijnie, kościelnie, "i nic nie przepadło, ale idzie w wieczne...", i że "skościelniliśmy się" powiedziałby Norwid). Pielgrzymka Marii Królowej (powinienem już dawno rozbudować jej profi/stronę) do Ziemi Świętej, i klimat i duch II Rzeczypospolitej, z kardynałem-prymasem Hlondem, i wiekopomne słowa z Kartaginy ":
„Przed rokiem w tymże czasie miałam szczęście być w Ziemi Świętej i widziałam Betlejem, gdzie się narodził Zbawiciel, Nazaret, gdzie pracował, Kafarnaum, gdzie nauczał, Kalwarię, gdzie mękę poniósł i Jerozolimę, gdzie zmartwychwstał, a teraz oglądałam chwałę Jego w Najświętszym Sakramencie na Kongresie Eucharystycznym w Kartaginie nad Morzem Śródziemnym” (jest w tym poście, na tym blogu, w Osobnym bardzo świecie).
Lecz po co ja to - i komu - piszę po raz setny?

Pokazując na koniec, przy pożegnaniu, już po otrzymaniu zaproszenia dla całej rodziny na ślub i wesele Edwarda i Claire w Brukseli, pokazując książki i tłumacząc się z tego, że zazwyczaj leżą wokól komputera, a dziś nie leżą, bo oni przyjechali i przy stole się siedzi, je, pije kawę i rozmawia - powiedzaiłem,  że to nie ma większego znaczenia, różncy - żyję, czy nie żyję, bo TO WSZYSTKO ŻYJE, ja tylko mam udział. I dodałem "dzisiaj i każdego dnia na norwidiana.blogspot.com Norwid przez Kielce do nas pisze listy". TO WSZYSTKO ŻYJE. BYLO-JEST- więc-BEDZIE.

A potem skąd(?) myśmy im takie imiona dawali: Jan-Maria, Zofia-Stanisława, Łazarz-Józef, Helena-Weronika, Andrzej-Mirosław, Maria-Teresa, Aleksander-Teofil. Nie z pobożności. Z FAKTYCZNOŚCI! Kiedyś się mówiło, że dziecko sobie imię na świat przynosi. Dzisiaj - o zgrozo - rodzice wymyślają. Przestali czytać rzeczywistość, nawet z pomocą i  we własnych dzieciach. Czy dziwne, że tak niewiele rozumieją z ŻYCIA I ŚMIERCI.

Pamiętam, jak kiedyś w Legionowie, świątecznie zebrani (zgromadzeni, ecclesiastes) przy Bożym Narodzeniu wyciągnęliśmy już tylko od Mamy (wzięliśmy na spytki), jak to było z naszymi imionami. Opowiedziała, po kolei, choć część jużeśmy znali, ja nagrywałem na magnetofonowej taśmie, gdzie to kto dzisiaj znalazł. Ale zawsze chcieliśmy wiedzieć, i po wiele razy byśmy słuchali, jak o było na początku z nami: Zofia-Weronika, Maria-Ludwika, Józef-Antoni-Władysław, Jadwiga-Janina, Anna-Maria.

Chyba wpiszę dedykację - Grażynie, która wraca dzisiaj tylko z Rzymu przez Sulejówek do Annopola. Legenda? O życiu i śmierci.

PS.1
Zauważyłem nieścisłość na stronie, link "Maria Król Polak Wszechczasów", odsyłał do strony głównej portalu. Bo czegoś nie dojrzałem przy wklejaniu adresu URL (chyba), coś się nie wycięło z poprzedniego, została jakaś niepotrzebna literka/znak.... coraz bardziej nienawidzę tej roboty na komputerze (w Internecie). Nie sposób nie palnąć błędu o gigantycznych konsekwencjach. Oczy nie te, palce nie te, koncentracja nie ta (zwłaszcza po jakimś czasie tej ohydnej gorączkowej, bywa że w uniesieniu, pracy). W strasznej technologii papierowej trzeba była aż pożaru lub powodzi, by zniszczyć swoją wcześniejszą pracę. W ICT fiu, byle co. W edytorach - pół biedy, bywa, że się zapisuje na bieżąco, gorąco, coś możesz stracić, coś przywrócić,  w przeglądarkach?! - wystarczy, że ktoś wejdzie do pokoju, zapyta,włączy telewizor z nagłą sensacją, odwrócisz się, rozkojarzysz, rozstroisz maszynę kognitywną pracującą na najwyższych swoich (coraz mniejszych) możliwych obrotach.

Dobrze, jeśli w odpowiednim momencie wykończony odejdę od monitora i klawiatury. Ba! - ale to coraz rzadziej się zdarza. Nie wiem, czy mogłoby nie być dzisiejszego (długiego) posta. Może? -pod jakimiś szczególnymi warunkami, ale skoro jeszcze żyję?

Dwa obrazki z dziejów kultury przyszły mi na pamięć.
1) lektura na lektoracie z rosyjskiego na PW. Pamiętam dwie: a) budowę wielkiego pieca (ale tylko,  ze była i to na zaliczenie), b) z życia starego Piotra Czajkowskowo ( Пётр Ильич Чайковский) - " a uchodzi wy wsie ludzie, zabierający mienia wsio, czto u mienia najdoroższewo, wremia, coś jak "Вы выходите отсюда, все люди, забрав (воровать) меня, что мое самое драгоценное, время"
2) "idźcie już sobie stąd, wy , miastowe ludzie, tu wyrozumienia trzeba. Wyrozumienia trzeba" - prosta gosposia chorego już i to terminalnie doktora Adriana Leverkühna, Doktora Faustusa, żywot kompozytora niemieckiego opowiedziany przez przyjaciela, dr hc Tomasza Manna.

Co ja dziś przeżyłem? Biedny Android był świadkiem. Wieczorem doczekał się Olek, w obecności pozostałych. Myślę, że wczoraj także Jasiek (niech się w takiej chwili włączy Skype... na przykład). Dzieci mogą (stają się) ofiarami bezradności (czasem rozpaczliwej) ojca. Ztym się żyć (długo) nie da. I lepiej nie warto.
U Matki? - chyba tak nigdy nie było i chyba nie będzie, nie jest tak uwiązana do tego narzędzia pracy, co najwyżej przyśle niezrozumiały, nie do odczytania sms. Z tych samych powodów. Dzieci! - błagamy o wybaczenie. Jak Iwan Ilicz.

PS.2
Nie będę już (chyba) przepraszał za długie posty. Za za długie życie!?

PS.3
Nie miałem zamiaru, a skądże, tak używać Norwida. To też przez znaczniki html, które skoro nie wskoczyły same, to ich już nie szukałem. Wybaczcie. Nie czytajcie takiego norwida, możecie zawsze poprawne(go) odnaleźć.

PS.4
O 23.40 wróciłem do tekstu i spełniłem obietnicę, wpisałem dedykację Na samej Górze! - nie jestem (bardzo) zawzięty :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz